Wczoraj wieczorem byłam w obozie dla uchodźców, z Arletą, chciała mi coś dokładnie pokazać, zainteresowało mnie to bardzo i biorę.
Na dziedzińcu kontenerowej wioski poza wsia, za torami kolejowymi, w piękny, prawie letni wieczór, bawiły sie tamtejsze dzieci. Poznałam małą Lucillę, która w zeszłym roku o mało nie umarła. Lucilla na widok Mirki zaczęła kwiczeć z radości i gaworzyć po kurdyjsku. Zleciały się też inne, większe dzieci. W ich małym światku dumnie prowadzały się z pieskiem.
Moja wnuczka Fiona będzie dorastać w normalnych warunkach na dolnobawarskiej prowincji. Nie powinno jej niczego brakować, oby tylko wszystkim zdrowie dopisało. Ma dwoje rodziców z pracą, po studiach, przed nią w rodzinie pojawił się też własny pies.
Ja, jej babcia ze strony jej taty, czyli mojego syna, pozostanę związana z Górną Frankonią, I mam nadzieję, że będę wystarczająco często mogła babciować tej jeszcze kruszynce, chociaż- jutro skończy 4 tygodnie, i przestanie być noworodkiem. Do dzisiaj sporo urosła, wzdłuż i wszerz 😉
Te niespodziewane urodziny tego dziecka zmieniły diametralnie ustawienia rodzinne i moje podejście do życia. I o tym będzie ten blog. Za kilka tygodni.



Czekam na rekacje :)
AntwortenLöschenZnalazłaś mnie, cieszę się. Ale trochę jeszcze potrwa tutaj.
Löschen