Był babski wieczorek, taki, jak się należy. We wtorek po południu zawitała Arleta, na pokładzie miała kurze skrzydełka i sałatkę coleslaw, także maseczki nawilżająco- upiększające i nożyczki do podetnięcia mi nieco włosów. Nie mam tutaj bowiem jeszcze fryzjera, i w odróżnieniu od Dolnej Saksonii nie ma tutaj możliwości spontanicznego ścięcia włosów, trzeba sobie zrobić termin, ten też nie jest szybko, no cóż. W Zapfendorf chodziłam regularnie do salonu Gerdy, i wychodząc, dostawałam następny termin; faktycznie u niej czekało się 2- 3 tygodnie, chyba, że ktoś odpadł i wtedy bardzo spontanicznie dzwoniła. Muszę się rozpatrzeć i popytać, kto, co i za ile strzyżenie. Po covidzie ceny za uslugi fryzjerskie poszybowały w górę, bo wtedy było obowiązkowe mycie włosów. Teraz nie myją jak nie trzeba, ale ceny sie utrzymały. Moje w sumie proste postrzyżyny to wydatek rzędu 50 euro- kiedyś maksymalnie 30- więc wczoraj baaardzo zaoszczędziłam, a Arleta to ma opanowane, jak i robienie paznokci i usuwanie brodawek.
Reszta wieczoru minęła nam na oglądaniu starych filmów. MAGNETOWID jest wspaniały.
Po północy poszłyśmy spać, ona miała się wyspać, ja z samego rana wskoczyłam w auto I zawiozłam je do warsztatu z powodu jednej małej usterki. Wróciłam piechotą z Mirką, która po drodze wszystko załatwiła, a ja kupiłam bułki, tak więc opulentne śniadanie, kawa, pogaduchy. Potem moje auto było gotowe, więc Arleta podrzuciła mnie do warsztatu, po czym pojechała w kierunku Bamberg.
Bylam na dluzszym spacerze we wsi, obejrzeć jej drugi, górzysty koniec. Nazywa sie Przy Wysokim Krzyżu. Oto i on.
Przy niej najdłuższa ulica Ringstrasse, też dosyć wysoko położona, odkryłam piękny plac zabaw i drugiego dentystę, a wracając do domu, ośrodek pielęgnacyjny, przy nim jest też zaopiekowane mieszkanie, taki mały "blok".
Z samej góry Ringstraße widok na pałac Seehof, wszystkie cztery wieżyczki.
Ogólnie częściami nobliwa ulica, jednakże nad niektóra architektura bardzo się zadumałam, co to i po co tak.
Leśne wyprawy z Mirką. Ta staruszka jest niezmęczalna, pognałam przez las do drugiej wsi, znaczy Drosendorf, i z powrotem, po drodze zajrzałam do szafy z książkami i uzupełniłam nieco mój jesienny bukiet.

Wczorajszy dyżur nocny trafił mi się na chirurgii, gdzie z powodu malowania geriatrii leżą też pacjenci geriatryczni. Było szałowo, tych moich paru chirurgicznych a reszta geriatrycznych pacjentów chyba w ogóle nie spała tej nocy, dzwonki o wszystko i nic, do tego rozkładanie leków z innej szafki, z innym systemem ich sortowania, kosztowało mnie przy 19 pacjentach bite 2 godziny. Wyszłam z pracy punktualnie, auto miałam przez noc praktycznie przed wejściem, odpalam, jadę powoli z parkingu, a auto coś mi szybciej nie chce jechać, co za czort? Pali się lampka EPC. No nieciekawie. Zgasiłam, odpaliłam jeszcze raz, nic nie zniknęło magicznie, to powolutku sobie jadę i mam nadzieję, że te 8 km dojadę. Pod górkę w Straßgiech na dwójce 😰 i myślę sobie, nie ma sensu jechać do domu, a szczególnie do podziemnego garażu wjeżdżać i stamtąd do warsztatu, bo jak mi się tam podziemnie rozkraczy, to kto mi to auto z tamtej ciasnoty wyciągnie? Krótko przed 7 rano, warsztat otwiera o ósmej, dojechałam tam, postawiłam auto przed bramą, i lecę na nogach do domu i po Mirkę. Trochę tej trasy jest, bo to inny koniec wioski.
Majster podjechał i zrobil duże oczy, co znowu z moim autem, wziął pod komputer, okazało się, że jakaś klapka, od przepustnicy ma feler, zamówił nową, po południu mogłam odebrać auto, nawet mi przez myjnię przepuścił. Kosztowało oczywiście nieco, ja i tak mam wrażenie, że ostatnio robię na auto, Mirkę i urzędy plus podatki. Z mojej pensji idzie w tym miesiącu 1100€ na "socjalne" plus podatek od dochodu. No ale co zrobisz, jak tak jest. Dobrze, że mi auto znowu jeździ, bo już się martwiłam, co będzie w niedzielę, jak ja do pracy dojadę.
A tu- i to wszystko na temat, bo Arleta taka jest:
Audi jest jej syna, który akurat kuruje się psychosomatycznie.
Ale co się strachu najadłam, to moje. I to po dyżurze nocnym. A miało być tak fajnie, do domu, z Mirką pobiegać, potem obie spać, wstać, coś fajnego ugotować, schabowe miałam w planie. Skończyło się na kluseczkach na patelni i rukoli.
Potrzebuję koniecznie roweru, żeby faktycznie w razie czego do pracy popedałować, ścieżka rowerowa jest, dawna trasa kolejowa wzdłuż drogi. Niestety autobus byłby z przesiadką i w niepasujących do dyżuru porach.
Ale mimo tego, spokojnie. Nie brakowało mi w tym wszystkim wydziwiajacego Tobiego. On ma taki sprzęt pomiarowy, że wyczyta błąd w aucie, ale na tym się kończy, i bez tego zachodu i prób nie wiadomo czego, pojechałam do tego warsztatu i sprawa załatwiona.
Teraz sobie siedzę, piszę, czytam, będę dziergać, potem pobiegam z Mirką, po południu było faktycznie 32 stopnie. Doszedł mój stół na balkon, świetnie, jak ciotka i kuzynka przyjadą, będą tam wysiadywać i popalać sobie, o ile jeszcze czy znowu palą, bo mają też takie niby zdrowotne abstynencje.
Tę beczkę dostałam na życzenie od syna i mam w niej żółty worek na plastikowe odpady. On przywiózł te pojemniki jeszcze z Burglengenfeld, niebieska pokrywa na makulaturę, a żółta właśnie na żółty worek, on to ma w spiżarce ustawione, a jako że ja spiżarki nie mam, postawiłam na balkonie, bo w kuchni nie chciałam 😁
No nic, zaczynam miłą część wieczoru po tym dzikim dniu. Arleta ogarnia dzisiaj domowe biuro, jutro urzędy, a w sobotę najprawdopodobniej jedziemy do Buttenheim, do muzeum Levi Straussa, tego od jeansów, bo mają tam do końca września specjalną wystawę.
A jeszcze we wtorek byłam u optyka i zamówiłam sobie nowe okulary. Z powodu odpustu mają bowiem promocję na szkła. Tak, FrauBe, tutaj odpust to jest co tydzień w kilku miejscowosciach na raz, a co roku wychodzi kalendarz wszystkich tutejszych odpustów, znaczy dookoła Bamberg: