4.9.26

41/ 26. Jak pisze Jotka,

blogspot się zawiesił, komentowanie niemożliwe. 

Ja za to zamontowałam nową deskę klozetową,  bo stara się ruszała, według zardzewiałych środków była już nieco starsza, miałam problem ją odmontowac, w końcu odgięłam te nakładki u góry i odśrubowalam odwrotnie. 

Dzień spędziłam od południa do wieczora u Arlety, w międzyczasie wychodząc tylko z Mirką na szybki sik. Rano zrobiłam pranie, które podczas mojej nieobecności wyschło- w dzień temperatury były i 27 stopni, teraz wieczorem jeszcze 24; akurat wyprasowałam i włożyłam do szafy. Zmywarka też była w ruchu, i odkurzyłam całe mieszkanie. Niesamowite, jak się kurzy, gdy mam pootwierane wszystkie okna. 

Jutro rano odbieram moje nowe okulary, a po południu przyjedzie do mnie Gundi na kawę, a i Arleta może też wpadnie, gdy będzie wracać z targów do domu. 


Notabene Arleta nazywa te figury świętych na tutejszym kościelnymi murze "złote lalki". Nie powiem, robią wrażenie. 

3.9.26

40/ 26. Próba

Nigdy nie dziergałam tak małego sweterka, więc jest to uczenie się na błędach. Wyślę małej i niech Sol oceni, i będę wdzięczna za wszelkie wskazówki, co za szerokie, za wąskie czy jak co leży. W końcu tylko w ten sposób mogę się NAUMIEĆ 🧶 😄


To będzie chyba moja balkonowa prezentacja do zdjęć udziergów. 

Pracowałam wczoraj i pracuję też dzisiaj,  interna jak zawsze, ale ujdzie, a wczoraj nawet mi się udało, bo upierdliwa byłam, faktycznie wysłać do domu 3 pacjentów przed godziną szesnastą, znaczy z wszystkimi papierami, z wypisem, bo to zawsze dramat, którego ja nie pojmuję; wypisy zaplanowane najpóźniej od wczoraj, wystarczy usiąść lekarzowi przed kompem, wklepać ten list i cała filozofia. To było nawet gotowe, ale idą do przeczytania przez w tym przypadku ordynatorke, która czasami nie wie, na jakim świecie żyje,  ale to moje osobiste zdanie. W każdym razie, czytała je od 2 godzin, czy raczej nie, bo latała po oddziale z rozwianym włosem. W końcu zadzwoniłam do niej, że potrzebuję te listy teraz i już, bo rodzina już jest i chce swoich ludzi zabierać do domu. Orzekła, że nie da rady teraz na szybko przeczytać i odfajkować, sekretariat ma wydrukować "tymczasowe", wręczyć pacjentom i mogą iść do domu. Co też zrobiłam. 

***

Ostatnie 2 dni miałam takie trochę "płakśliwe", jakieś zale mnie ogarniały, schodziłam im z drogi na długich jesiennych spacerach z Mirką, ale nie hamowałam za wszelką cenę łez, bo uważam, że te oczyszczają. Żeby było ciekawiej, schodzi mi skóra z rąk, kawałeczkami, płatami. Jakbym zrzucała z siebie stare życie. 

Dzisiaj po dyżurze mam wolne całe dwa dni, na co się cieszę, a jutro do Arlety, ogarniemy nieco jej wloscie, będziemy sortować i wywalać rzeczy, których ma za dużo, włącznie z ciuchami. Ja jestem po szkole Marie Kondo, a Arleta nie może się nadziwić, jak mało ja .am ciuchów i zawsze co na siebie włożyć 😆

Mirka dzisiaj rano zbudziła się tak: 


Nie wiem, jak ona te oklapnięte uszy tak odwinęła. 

31.8.26

39/ 26. I będę panią sytuacji

Poprosiłam Tobiego, aby przy okazji jakiejś jazdy podrzucił mi tutaj mój stary rower,  co też dzisiaj zrobił. Po czwartkowej przygodzie muszę po prostu mieć jeszcze inny pojazd, aby w razie ostateczności dojechać do pracy. Pogoda dzisiaj po południu dopisała, więc wsiadłam na rower i z ciekawości popedałowałam te 8 kilometrów do szpitala i z powrotem. 

Całkiem niezły wynik jak na starego grata z trzema biegami i to wszystko pod wiatr 😉

A tak na serio, planuje sobie kupić inny, lepszy i trochę szybszy rower. W razie czego, aby dojechać do pracy, ale i na wycieczki w terenie. 

Do Schesslitz mam ścieżkę rowerową,  kompletnie płaską, bo to dawna trasa kolejowa, ruch na niej też trochę jest, zawsze spotyka się innych rowerzystów. W samym miasteczku jest kilo kościoła nieco pod górkę, za to z powrotem z górki. Te 35 minut z powrotem to była taka nie za szybka jazda bez spiny, bez spocenia sie jak bura mysz, bo nie chciałam robić rekordu, chciałam poznać realia trasy i moje możliwości, w razie czego. Jak wyjdzie 45 minut, to też będzie ok. Nie zapominajmy też o mojej endoprotezie w prawym kolanie. 

Mirka mi się starzeje, widzę to ja, widzi to Arleta co kilka dni, a Tobi dzisiaj nieco się przeraził. No cóż, psinka ma 15, 16 lat, nie jest wiecznym szczeniakiem. Niby biega, tarza się z radością na trawie, ale głucha, troszkę jakoś zapominalska, oczka niby zdrowe, ale jakoś inaczej patrzą. Szczupła,  ale nie wychudzona, dogadzam jej karmami, odkąd jestesmy same, nie dostaje nic ze stołu,  czasami trochę twarożku do miski, czy kawałeczek wołowiny jak dzisiaj. Tobi lubiał jej dawać sery czy kawałek wędliny, to teraz odpada. I zauważyłam, że ta o 4 tygodnie starsza Mirka wyraźnie by go przerosła, gdyby miał się nią opiekować. On jakby jej się zaczął bać, bo stara, i zaczyna nieco niedołężnieć.

Zobaczymy, co dalej. Póki co, planujemy z Arletą kilkudniowy wypad, wybrałyśmy Czechy i Jachymov, i Mirka też by pojechała, bo a co. W drugiej połowie września upałów tam raczej już nie będzie, więc niech i ona powolutku zwiedzi trochę Czechy. 

A w pierwszej połowie września przyjadą do mnie ciotka i kuzynka spod Frankfurtu, bardzo się cieszę na te odwiedziny, posiedzimy, pogadamy, podziergamy, a i Arleta dotrzyma nam trochę towarzystwa, bo oczywiście wpadnie wtedy. 

30.8.26

38/ 26. Ach co to byla za sobota

Rano obligatoryjną wyprawa z Mirką po 2 rośliny na balkon i gazetę. Długi spacer, po nim śniadanie, w międzyczasie przygotowałam co nieco na obiadokolację, sałatkę z makaronu fusilli z rukolą. Kotlety też jeszcze były. 

Arleta zjawiła się o czasie, i pojechałyśmy najpierw do Buttenheim, muzeum Levi Straussa. 


Po muzeum wyprawa do Nürnberg,  bo Ikea też była w planie, chciałam rozejrzeć się za regałem Kallax, który można używać w pozycji horyzontalnej, wtedy na nogach, w regały koszyki- wstawki i byłaby komoda. Kallaxów było, nóg do nich niestety nie, i zrezygnowałam, myśląc nad innymi rozwiązaniami. Aktualnie szukam trójkątnego regału do tego kąta. 

Oczywiście nie obyło się bez zakupów tzw. pierdołów w Ikea, no bo jak to tak. Począwszy od szczotki klozetowej poprzez małe pojemniczki do zamrażania czegoś tak, ręczniczek, mata antypoślizgowa do kabiny prysznicowej. Na kawie tam też byłyśmy, szarlotka nie powaliła mnie na kolana 🤫

Szybkie odwiedziny u Arkadego w klinice, wymiana rzeczy do prania, i w sumie do domu, ale przez Gartenstadt, gdzie nie mam jeszcze większego rozeznania, chociaż to najdalej do mnie wysunięta część Bambergu; odwiedziliśmy stara, kultową lodziarnię, lody byly super, a cała otoczka, także jako dzielnica, przypadła mi do gustu. Bo powiedzmy tak, bamberska starówka jako Inselstadt to coś szczególnego i dziedzictwo kulturowe UNESCO,  ale całą resztą jest z gatunku tego nie za bardzo, szczególnie te duże, przelotowe ulice, z wieżowcami wzdłuż nich. Gartenstadt ma duszę. 

 



Ta szafa z książkami była naprzeciwko lodziarni. Obok skwer z fontanna z lat 70tych ubiegłego wieku, ławeczki dookola dosyć frenkwentowane, no mowie, duszę to miejsce ma, definitywnie. 

Ta sobota była świetna. Brakowało mi takich dni. Moje życie to była praca w pracy, praca w domu, przy czym uważałam, żeby Tobiemu nie przeszkadzać np odkurzając, Mirka jedynie troszczyla sie o moj regularny ruch na swiezym powietrzu, a poza tym mało czasu na coś dla siebie. Teraz siedzę po śniadaniu, piszę, nikt się nie pyta, a co ty znowu w tym telefonie siedzisz, zaraz poczytam nieco książkę, jeszcze z Mirką na szybki spacerek przed dyżurem, i to jest pracująca, ale spokojna niedziela. 

28.8.26

37/ 26. Z innej perspektywy

🙃

Dla Jotki: w bloku obok mieszkania są wyposażone także w małe balkoniki, tzw. żygacze 😅 te są od północy, a duże balkony od południa. Myślę, że te małe są przy sypialni. Ale tylko na trzecim i czwartym piętrze.  


Dzisiejszy dzień pogodowo miał do zaoferowania ulewę, burzę i słońce. 

Na wieczornym spacerze nieco nas pokropiło,  ale zdążyłyśmy z Mirką do domu. 

Dzisiaj kupiłam za śmieszne 5€ to drewniane krzesło, z pomysłem wstawienia go do biura, aby przy komputerze było oprócz mojego biurowego drugie, a w razie noclegu gość miał je do dyspozycji. Przy większej ilości gości mogę je dostawić do wtedy wydłużonego stołu. W piwnicy mam jeszcze dwa składane krzesła, tak więc, większej balangi się nie boję. 

Po wczorajszym nieco szalonym dniu dzisiejszy rozpoczęłam pod znakiem wyspania się do wpół do dziesiątej, bylam też spontanicznie w Hallstadt w ERTL- shopping center, gdzie kupiłam tylko kilka drobiazgów w zamykającym się sklepie DEPOT, a konkretnie trzy wieszane doniczki na balkon- w jednej umieściłam już bazylię, ponadto świeczki, światełka, talerz na pizze, bo takiego akurat mi brakowało. Rozejrzałam się w sklepie zabawkowym, ale nic ciekawego dla takiego maluszka jak Fiona nie było,  zaszłam do księgarni, gdzie stwierdziłam, że są nowe i ozdobne wydania starych książek, czy to Mann, czy Wielki Gatsby. Książek ci u mnie pod dostatkiem, więc wyszłam z niczym 😉

Kotlety z wczoraj usmażyłam dzisiaj, do tego samorobne frytki z frajera, niebo w gębie. 

Notabene tylek mi schudł,  po tym, jak jesienią zeszłego roku zgrubł. Musiałam w pracy przestawić się ze spodni numer 2 na 3, bo w 2 przestałam się mieścić. Tak więc nosiłam tę trójkę z honorem ale i pewnym niezadowoleniem, jasne... od czasu przeprowadzki spodnie numer 3 zaczęły być coraz luźniejsze,  prawie za duże. W poniedziałek zaryzykowałam frustrację,  ale tej nie było. Bezproblemowo weszłam w dwójkę. Co prawda, nie leżą tak luźno jak 2 lata temu, gdy zaczęłam tam pracować, ale do tego jeszcze dojdziemy, na spokojnie i bez spinki. 



27.8.26

36/ 26. Absorbujacy tydzień

Był babski wieczorek, taki, jak się należy. We wtorek po południu zawitała Arleta, na pokładzie miała kurze skrzydełka i sałatkę coleslaw, także maseczki nawilżająco- upiększające i nożyczki do podetnięcia mi nieco włosów. Nie mam tutaj bowiem jeszcze fryzjera, i w odróżnieniu od Dolnej Saksonii nie ma tutaj możliwości spontanicznego ścięcia włosów, trzeba sobie zrobić termin, ten też nie jest szybko, no cóż. W Zapfendorf chodziłam regularnie do salonu Gerdy, i wychodząc, dostawałam następny termin; faktycznie u niej czekało się 2- 3 tygodnie, chyba, że ktoś odpadł i wtedy bardzo spontanicznie dzwoniła. Muszę się rozpatrzeć i popytać, kto, co i za ile strzyżenie. Po covidzie ceny za uslugi fryzjerskie poszybowały w górę, bo wtedy było obowiązkowe mycie włosów. Teraz nie myją jak nie trzeba, ale ceny sie utrzymały. Moje w sumie proste postrzyżyny to wydatek rzędu 50 euro- kiedyś maksymalnie 30-  więc wczoraj baaardzo zaoszczędziłam,  a Arleta to ma opanowane, jak i robienie paznokci i usuwanie brodawek. 

Reszta wieczoru minęła nam na oglądaniu starych filmów. MAGNETOWID jest wspaniały. 

Po północy poszłyśmy spać, ona miała się wyspać, ja z samego rana wskoczyłam w auto I zawiozłam je do warsztatu z powodu jednej małej usterki. Wróciłam piechotą z Mirką, która po drodze wszystko załatwiła, a ja kupiłam bułki, tak więc opulentne śniadanie, kawa, pogaduchy. Potem moje auto było gotowe, więc Arleta podrzuciła mnie do warsztatu, po czym pojechała w kierunku Bamberg. 

Bylam na dluzszym spacerze we wsi, obejrzeć jej drugi, górzysty koniec. Nazywa sie Przy Wysokim Krzyżu. Oto i on. 

Przy niej najdłuższa ulica Ringstrasse, też dosyć wysoko położona, odkryłam piękny plac zabaw i drugiego dentystę, a wracając do domu, ośrodek pielęgnacyjny, przy nim jest też zaopiekowane mieszkanie, taki mały "blok". 

Z samej góry Ringstraße widok na pałac Seehof, wszystkie cztery wieżyczki. 

Ogólnie częściami nobliwa ulica,  jednakże nad niektóra architektura bardzo się zadumałam, co to i po co tak. 

Leśne wyprawy z Mirką. Ta staruszka jest niezmęczalna, pognałam przez las do drugiej wsi, znaczy Drosendorf, i z powrotem, po drodze zajrzałam do szafy z książkami i uzupełniłam nieco mój jesienny bukiet. 

Wczorajszy dyżur nocny trafił mi się na chirurgii, gdzie z powodu malowania geriatrii leżą też pacjenci geriatryczni. Było szałowo, tych moich paru chirurgicznych a reszta geriatrycznych pacjentów chyba w ogóle nie spała tej nocy, dzwonki o wszystko i nic, do tego rozkładanie leków z innej szafki, z innym systemem ich sortowania, kosztowało mnie przy 19 pacjentach bite 2 godziny. Wyszłam z pracy punktualnie, auto miałam przez noc praktycznie przed wejściem, odpalam, jadę powoli z parkingu, a auto coś mi szybciej nie chce jechać, co za czort? Pali się lampka EPC. No nieciekawie. Zgasiłam, odpaliłam jeszcze raz, nic nie zniknęło magicznie, to powolutku sobie jadę i mam nadzieję, że te 8 km dojadę. Pod górkę w Straßgiech na dwójce 😰 i myślę sobie, nie ma sensu jechać do domu, a szczególnie do podziemnego garażu wjeżdżać i stamtąd do warsztatu, bo jak mi się tam podziemnie rozkraczy, to kto mi to auto z tamtej ciasnoty wyciągnie?  Krótko przed 7 rano, warsztat otwiera o ósmej, dojechałam tam, postawiłam auto przed bramą, i lecę na nogach do domu i po Mirkę. Trochę tej trasy jest, bo to inny koniec wioski. 

Majster podjechał i zrobil duże oczy, co znowu z moim autem, wziął pod komputer, okazało się, że jakaś klapka, od przepustnicy ma feler, zamówił nową,  po południu mogłam odebrać auto, nawet mi przez myjnię przepuścił. Kosztowało oczywiście nieco, ja i tak mam wrażenie, że ostatnio robię na auto, Mirkę i urzędy plus podatki. Z mojej pensji idzie w tym miesiącu 1100€ na "socjalne" plus podatek od dochodu. No ale co zrobisz, jak tak jest. Dobrze, że mi auto znowu jeździ, bo już się martwiłam, co będzie w niedzielę, jak ja do pracy dojadę. 

A tu- i to wszystko na temat, bo Arleta taka jest: 

Audi jest jej syna, który akurat kuruje się psychosomatycznie. 

Ale co się strachu najadłam, to moje. I to po dyżurze nocnym. A miało być tak fajnie, do domu, z Mirką pobiegać, potem obie spać, wstać, coś fajnego ugotować, schabowe miałam w planie. Skończyło się na kluseczkach na patelni i rukoli.

 Potrzebuję koniecznie roweru, żeby faktycznie w razie czego do pracy popedałować, ścieżka rowerowa jest, dawna trasa kolejowa wzdłuż drogi. Niestety autobus byłby z przesiadką i w niepasujących do dyżuru porach. 

Ale mimo tego, spokojnie. Nie brakowało mi w tym wszystkim wydziwiajacego Tobiego. On ma taki sprzęt pomiarowy, że wyczyta błąd w aucie, ale na tym się kończy, i bez tego zachodu i prób nie wiadomo czego, pojechałam do tego warsztatu i sprawa załatwiona.

Teraz sobie siedzę, piszę, czytam, będę dziergać, potem pobiegam z Mirką, po południu było faktycznie 32 stopnie. Doszedł mój stół na balkon, świetnie, jak ciotka i kuzynka przyjadą, będą tam wysiadywać i popalać sobie, o ile jeszcze czy znowu palą, bo mają też takie niby zdrowotne abstynencje.  

Tę beczkę dostałam na życzenie od syna i mam w niej żółty worek na plastikowe odpady. On przywiózł te pojemniki jeszcze z Burglengenfeld, niebieska pokrywa na makulaturę, a żółta właśnie na żółty worek, on to ma w spiżarce ustawione, a jako że ja spiżarki nie mam, postawiłam na balkonie, bo w kuchni nie chciałam 😁

No nic, zaczynam miłą część wieczoru po tym dzikim dniu. Arleta ogarnia dzisiaj domowe biuro, jutro urzędy, a w sobotę najprawdopodobniej jedziemy do Buttenheim, do muzeum Levi Straussa, tego od jeansów, bo mają tam do końca września specjalną wystawę. 

A jeszcze we wtorek byłam u optyka i zamówiłam sobie nowe okulary. Z powodu odpustu mają bowiem promocję na szkła. Tak, FrauBe, tutaj odpust to jest co tydzień w kilku miejscowosciach na raz, a co roku wychodzi kalendarz wszystkich tutejszych odpustów, znaczy dookoła Bamberg: 



23.8.26

35/ 26. Czasu na nudę nie miałam

Weekend minął pod znakiem czytania, bardziej gazetki i inne pisma- uwielbiam te z apteki, a byłam też w aptece tutaj w Memmelsdorf. Przy okazji stwierdziłam, że w budynku oprócz dużego gabinetu trzech lekarzy pierwszego kontaktu, których na pewno skontaktuje, bo rzut beretem ode mnie- jest jeszcze oprócz banku, także izba porodowa, z dyżurującymi położnymi 🙃 
Nie mam pojęcia, jak często jest używana, do kliniki w Bamberg jest tylko kilka kilometrów, ale dojazd w sumie głupi, bo trzeba się tłuc miejskimi obwodnicami; Klinikum Bamberg z jakichś powodów nie ma bezpośredniego dojazdu czy wręcz zjazdu z autostrady, ta jest za daleko. 


12 kilometrów, 19 minut autem, ok, karetka przelecieliśmy przez wszystkie sygnalizacje świetlne szybciej. 

Moje małe centrum handlowe, do którego mam piechotą kilka minut, jeśli idę bez Mirki, okazuje się być w soboty rano punktem, gdzie można spotkać wielu ludzi. Dzisiaj w przeciągu kilku minut natknęłam się na sąsiadkę i dwie koleżanki z pracy. Jedna siedziała z mężem w aucie i oboje wcinali bułki z Leberkäse.  Sprzedaje je miejscowy masarz w każdą sobotę rano, i masa ludzi przyjeżdża na zakupy do jego sklepiku i takze po te Leberkäsbrödla. Muszę i ja wypróbować, ale to dopiero za 3 tygodnie, gdyż w Bawarii wakacje dopiero na półmetku, i masarza od poniedziałku ma urlop. 
Ogólnie podczas jakichkolwiek ferii zamiera sporo życia publicznego w tym kraju związkowym.  

W sobotę doszedł odtwarzacz DVD,  podłączyłam, śmiga, więc jakby mi się nudziło, kino jest. 
Po podłączeniu sprzętu wybrałam się w kierunku Oberhaid, do Gundi i Ambrosa. Była kawa, ciacho- zabrałam ze sobą drożdżowe że śliwkami, na szybko upieczone w nocy z piątku na sobotę- Gundi serwowała gruszkowe z kremem, pycha, poza tym razem podziergałyśmy, obejrzeliśmy zdjęcia z ostatniego ich pobytu w USA- Gundi i Ambros mają mały domek w Montanie- Ambros umilił nam wieczór grą na fletach, zjedliśmy też razem kolację, i oczywiście był temat mojego odejścia od Tobiego. Gundi stwierdziła, że zna Tobiego na wylot, mieszkał u niej kilka miesięcy podczas studio, jak się poprztykał z rodzicami, i wyrazila zdumienie, że ja tyle dałam rady wytrzymać jego humorów i nie oszalałam z tego wszystkiego. Widocznie byłam mu za silną i samodzielną kobietą,  stwierdziła. Na koniec obdarowała mnie wełną mojego wyboru, słoiczkami z cudami na kiju jak na przykład żelem z magnolii, bzu, marmelada, nalewkami i likierami w małych buteleczkach, wszystko własnej roboty. Tak więc będziemy nadal się kolegować, niezależnie od Tobiego, Gundi jest ciekawa mojego mieszkania i wpadnie wkrótce z wizytą. Mieszkamy od siebie mniej więcej kwadrans drogi autostradą.  



Niedziela z gatunku leniwych. Zbudziłam się rano krotko po wpół do ósmej, Mirka jeszcze wzdychała w swoim wyrku, to ukradkiem zaczęłam czytać książkę, tak, żeby ona nie zobaczyła. Po pół godzinie stwór się zorientował, ucieszył, zerwał i szczeknął, więc wstawanie, żarełko dla Mirki, zebrałyśmy się na dłuższy spacer do Drosendorf. 




W Drosendorf przy przystanku autobusowym odkryłam maciupką szafę na książki, 


z której się obsłużyłam. Przy okazji wiem, gdzie zanieść Moje książki, które chce podać dalej. Dzisiaj zwiedzę resztę własnej wsi, jakoś nie mogę sobie wyobrazić, żeby nie było tutaj takiej szafy. Thea wynosi swoje przeczytane Reader's Digest do apteki. 


Po spacerze moje własne śniadanie, opulentne, nawet z jajkami na miękko, bo ostatnio nabyłam jajowar. Konsumpcja przy dźwiękach fletu Ambrosa, bo CD od niego samego też dostałam 😀



Po śniadaniu czas na lekturę promocji od jutra, właściwie wszystko mam, włącznie z jedzeniem, ale przejrzeć mus. 
Dziergam sweterek dla Fiony, od Gundi dostałam przędzę, to wymysli się coś do wózka na zimę. 
I książki, książki, książki... będę więcej czytać. 

Po południu wyprawa do pałacowego parku. Ode mnie piechotą jest to nieco ponad pół godziny. 












W sezonie letnim co godzinę włączają kaskadę. Wodne zabawy pierwszy raz odbyły się w roku 1771, po 180 latach użytkowania i odstawienia na bok wyremontowano je w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, i są one faktycznie magnetem turystycznym. Sam pałac, wybudowany w końcu 18 wieku był biskupi, w swoim czasie letnia rezydencja przed torami miasta, ocieka barokiem, w środku jeszcze nie byłam, bo na tę wyprawę muszę iść beż Mirki. Wnętrze rokokowe, jak i ogrody, ponad 20 hektarów. Dzisiaj w pałacu mieści się zarząd pałaców i zamków w Bawarii. 


21.8.26

34/ 26. Bapcia na zakupach

Znalazłam taką kołysko- huśtawkę na digitalnym pchli targu w Zapfendorf, całe 5€ za nią chcieli, to wsiadłam przed południem w auto i pojechałam po ten mebel. I tak musiałam wstąpić do lekarza, którego tam jeszcze mam, po receptę na dwa moje leki. 

Pampersy też mi się trafiły 😋 i taki dmuchany stwór do ujeżdżania, jak się ma 1½ roku, ale to przecież niedługo już. 

Ten misiek to jeszcze po moim synu. 

Mając plany pobytu w Zapfendorf, poinformowałam o tym fakcie ślubnego, i zaprosił mnie na kawę i masę ciasta i słodkich bułeczek z piekarni. Porozmawialiśmy o niczym, po czym oboje ruszyliśmy w drogę, ja z powrotem, on do zaprzyjaźnionej firmy meblarskiej, gdzie jest od wszystkiego, czy oprogramowania, czy jak coś z piecem. Czyli mu się nie nudzi. 

W bungalow wyraźnie widać, że mnie brak. Bądź kobiecej ręki. Ale niech będzie, jak jest. 

Wczoraj pracowałam, interna w ostatnich kilku dniach zadziwiająco lekka.  

Dzień pracujący różni się od wolnego czasem spędzonym na spacerach z Mirką, a także zwiedzaniem mojego nowego miejsca na ziemi. 







Niestety nie udało mi się wziąć udziału w odpuście, a balanga musiała być przednia i trwała kilka dni. Przechodziłam jedynie rankiem, przed dyżurem, jak akurat zamiatano ulicę. 







Na drugi rok wezmę trochę udziału. 

Co poza tym. Nudy nie mam, także czasu na sentymenty, rozmyślania czy inne smutki. Aktualnie dopieszczam jeszcze mieszkanie, dokupuję drobnostki typu uchwyt do parasola na balkon czy gofrownicę,  poza tym, po podłączeniu supersprawnego sprzętu z poprzedniego stulecia, zwanego wtedy po polsku MAGNETOWIDEM, oglądam sama bądź z Arletą stare filmy, dzisiaj "Nie ma mocnych", a w kolejce jest "Kochaj albo rzuć ". Mam tych sprzetow dwie sztuki, jeden moj, drugi po rodzicach, oba wyczyszczone i przejrzane przez mechanika, uznane za supetsprawne i opatrzone wskazowka zatrzymania ich i absolutnie nie sprzedawania. 
Aktualnie oczekuję paczki z odtwarzaczem DVD, bo mój stary zastrajkował jeszcze w Eschershausen, w Zapfendorf Tobi kupił nowy, ale że właśnie on, to oczywiście zostawiłam go tam. Mam jedynie taki mały, przenośny, na którym można też słuchać audiobooków czy CD ogólnie. 
Kaset VHS mam mały zbiór, i wiele filmów Disneya, które wtedy mój syn dostawał na urodziny bądź pod choinkę; nie były to tanie prezenty, i zatrzymałam te filmy,  chociaż już 20 lat temu niektórzy mnie o nie nagabywali, że po co, odsprzedać za drobne pieniądze, i takie tam. Będę kiedyś urządzać z Fioną domowe kino w typie naprawdę starego kina. 

Upały minęły, zaczyna robić się jesiennie. Trochę to dziwne, bo na Bawarii letnie ferie akurat na półmetku, wiele ludzi i współmieszkańców wyjechało, także mój sąsiad z podziemnego garażu, i mam luzy parkingowe w sensie bezproblemowego wjazdu na moje miejsce i wyjazdu bez zbędnych manewrów. 

Jutro mam zaproszenie na kawę do Gundi w Oberhaid, z którą byłam na wełnianych targach wtedy w marcu w Hirschaid. Właściwie zaprosiła nas oboje, znaczy mnie i Tobiego, więc jej opowiedziałam o mojej wyprowadzce. Gundi bowiem część lata spędziła w Stanach. Na taką wiadomosc Gundi zareagowala pragmatycznie, stwierdzila, że co by nie było między mną a Tobim, my obie możemy przecież utrzymywać kontakt, bo ona mnie lubi.  Gundi jest eksżoną zmarlego kilka lat temu kuzyna Tobiego, którego on bardzo nie lubił.