24.10.26

56/ 26.

 *Sobota. Pod znakiem wyprawy do małego Zoo w Hundshaupten. Jazda przez piękne okolice Frankońskiej Szwajcarii, z górkami, dolinkami, skałkami. Kawa i ciasto w Egloffstein, zamówiłam sobie beza, już dawno takiego wyśmienitego nie jadłam. 


A w Zoo oprócz zwierzątek ekstra dla Gackowej...


... po kilku latach zobaczyłam znowu salamandry. 


Tak o sobie spacerowały po ścieżkach. 
Na kolację była dynia makaronowa, którą nabyłam wieczór wcześnie na parkingu w Drosendorf, podczas spaceru z Mirką. Gotować znowu nie musiałam, zajmując moje obligatoryjne miejsce siedzące na kanapie w saloniku Mr. Dom, z Mirką na kocu pod stolikiem. Aktualnie czytam "Unter Dojczen" autorstwa Mii Raben, i nadal grubaśnego Filipiuka.

 *Niedziela. Ta pracująca. W przebieralni dowiedziałam się, że jestem w ten dzień na internie, bo Maria zachorowała. Fajne w tym wszystkim bylo, ze o fakcie zawiadomila mnie Liane, ktora tez po poludniu dyzurowala na internie, i miałyśmy nasze obszary niedaleko siebie. Dyżur był nienudny, że tak to określę,  ale dobrze do ogarnięcia, pozostawiliśmy oddział w idealnym porządku, a ja, jako że pracuję długie dyżury do dziesiątej wieczorem, nawet jeszcze dopracowałam parę rzeczy dla nocnej zmiany, z czego wystawienie kroplówek i antybiotyków dożylnych na drugi dzień było całkiem absorbujacym zajęciem, gdyż jest tego aktualnie mnóstwo, wiadomo, czas infekcji i temu podobne. Trzeba mi było przejść się po prośbie po innych oddziałach, za piprilem i takimi tam. Przy okazji potwierdzilam pogłoski, że faktycznie jestem rozstana i mieszkam sama, znaczy z moim psem, w Memmelsdorf. Kto bezpośrednio pyta, dostaje ode mnie też konkretną odpowiedź. 

 *Poniedziałek. Nie lubię pracować dwa dni pod rząd,  ale kiedyś i jakoś muszę wypracować ten mój czas pracy z umowy o nią 🫡 tak więc, po powrocie z niedzielnego dyżuru nie baniaczyłam długo po chałupie, jedynie włączyłam zmywarkę, odczekałam, pochowałam naczynia, trochę poczytałam, oczywiście wypad z Mirką na siku... wyspałam się około ósmej rano, ogarnęłam nieco powierzchni płaskich, w tym tygodniu muszę koniecznie połazić po drabinie i odkurzyć szafy i półki. Druga wyprawa z Mirką przed dyżurem, i znowu do pracy. Pogoda nieco złagodniała. 


Paliwo coś nieco tańsze ostatnio.
W pracy znowu trafiłam na internę, ci sami pacjenci, doszło tylko dwóch. Ekipa nieco inna niż wczoraj, i oddział trochę inaczej zostawiony dla nocnej zmiany. Ale osłodą były Nussecke, czyli trójkątne ciastka orzechowe, które przyniósł kolega na dyżur. 


 *Wtorek zaczął się śniadaniem u Gundi, z samego rana, bo po południu sportowo u mnie. Gundi zrobiła stroiki na groby, i jeden wezmę dla Lilli, mojej teściowej. Ona co prawda była protestantką, czyli jej Święto Zmarłych obchodzone jest w niedzielę przed pierwszym adwentem, ale wszystko jedno przecież.
Oczywiście nie obyło się bez darów ze strony gundi, dostałam dżemy,  konfitury, i na prośbę wiele guzików do dziecięcych udziergów i nieco wełny; z jednej skarpetkowej udziergam dla mojej byłej sąsiadki Marity ciepłe skarpety na jarmark bożonarodzeniową, bo na pewno będzie tam stała z chrustem. 
Południowy sport jak zwykle świetny, przez same rozmowy z współćwiczącymi przed, po i w trakcie. Mirkę miałam że sobą, w aucie, nareszcie taka pogoda, że może poczekać w boksie na spacer po przyszpitalnym małym parku. 
Zaprosiłam Mr. Dom na obiad, kluseczki z rukolą, on zawsze przynosi ze sobą coś słodkiego na deser, tym razem ciasto. Na weekend oczywiście zaproszenie, tym razem wychodne gdzieś w Bambergu. 
Po kolacji pojechałam do Arlety na herbatę i plotki, po drodze odwiedziłam grób Lilli i postawiłam na nim stroik od Gundi.  
Ciekawe jest moje "pokrewieństwo" z Gundi- nasze eksteściowe były siostrami. 


Po odwiedzeniu Arlety dostałam telegramowe zaproszenie od Tobiego, który aktualnie i prawie tydzień ma gościa, Christiana z Westfalii. Nawet się ucieszyłam, bo Christiana lubię, i chętnie z nim rozmawiam. Tak więc wieczór na "starych smieciach", ehm, prawie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Tego tematu akurat nie poruszałam z Christianem, ale musiał się nieźle zdziwić w obliczu innych standardów podejmowania gości, w maju był jeszcze gościem w moich standardach. Niemniej wieczór był ciekawy, krótko po północy zapakowałam Mirkę do auta, pomachałam panom i pożyczyłam im jeszcze szarmanckiego wieczoru 😊

 *Środa. Ponoć najlepsze kasztany są w Paryżu, na placu Pigalle. Spróbujemy tych otrzymanych od Gundi. Były wspaniałe. 


Dzień w sumie leniwy. Trochę czytam, trochę dziergam. Zrobilam pranie, aby w kierunku weekendu mieć co nieco ogarnięte, bo przez dwa weekendowe dni pracuję, a sobota jest już zaplanowana. Z samego rana ulga, paczka dla Gackowej dotarła, po 12 dni perypetii i ponoć nieznanego adresata 😵‍💫
Wieczorem na nocny dyżur. Tym razem geriatria. Niestety moje pobożne życzenie co do zdrowych i sprawnych pacjentów nie spełniło się, przez tydzień mojej nieobecności wymienili na sporo bardzo chorych, niesprawnych, po wylewach, z demencją... do tego jestem na dyżurze sama, bo Jana zachorowała, a jest tutaj tylko 17 pacjentów, z czego kilku chirurgicznych. Rozłożyli mi leki, zapominając niestety o liście tych do zamówienia na piątek; akurat wkliknęlam zamówienie do apteki. Trzeba będzie też przejrzeć nieco materiałów, bo weekend bez myjek, pampersów, kroplówek i czegokolwiek, czego może zabraknąć, może być nieco kijowy. Jako, że jestem sama, i nie znam lwiej części pacjentów, dokumentacja każdej ich aktywnosci non stop, czyli noc spędzona przed kompem. Mam jednak nadzieję przeczytania gazety i kilku stron książki. I oczywiście przerwę. Udało się.  


 *Czwartek. Po dyżurze spacer z Mirką, to obligatoryjne przecież. Zebrałam pranie, jeszcze zanim poszłam spać. Wstaję po południu, jakiś obiad, kawa, spacer z Mirką,  telefonowanie z Arletą, wieczorem leci na RTL 2 "Powrót do przyszłości"... przypomina mi się, jak dawno temu i gdzie obejrzalam pierwsza część te trylogii. Rok 1987, podczas zimowiska w Moszczance, bylam tam zaangażowana jako higienistka, a dzieci były ze Śląska. Podczas telewizyjnego maratonu dziergam skarpety dla Marity. Wyjazd do Eschershausen już za 9 dni. 

 
 *Piątek. Pogoda przeplatana, jak akurat nie pada deszcz czy wiatr wyje jak opętany,  jest piękny złoty październik. Z opadającymi,  kolorowymi liśćmi. Tak więc wyprawa z Mirką do Drosendorf, z samego rana, w południe mniejszy spacer, bo mam popołudniowy dyżur na geriatrii. Dostał mi się kawałek pielęgnacyjny, że można zapomnieć. Ogarnęłam pacjentów i parę organizacyjnych głupot, I wyszłam z pracy przed dziesiątą. Mirka spała kamiennym snem, ale zbudziła się na moje wejście. Susi z sąsiedztwa napisała mi, że akurat sprząta w domu i ogarnia zapasy wełny, więc po powrocie do domu i z Mirką na smyczy podskoczyłam do niej, przejrzę towar i zadecyduję,  co z nim zrobić. Poza tym, reszta wieczoru na kanapie, telewizyjno- dziergająco. Lubię tak. 









17.10.26

55/ 26.

*Sobota. Pod znakiem powrotu z nocnego dyżuru, a ten odbył się po odbiorze Arlety z dworca i jednak niespania w dzień po czterogodzinnej nocy. Dyżur był spokojny, nawet za spokojny. Aktualna geriatria bardzo sprawna fizycznie, oby tak dłużej, znaczy do końca miesiąca co najmniej, bo tak długo tam jestem. Po dyżurze (moim) i szychcie (Mr. Dom) mieliśmy najpierw iść gdzieś na śniadanie, a potem zwiedzić sztolnie i katakomby pod górą św. Stefana w Bamberg. Śniadanie w Fuchsbau, bardzo miła piekarnia, zaserwowane jedzenie smaczne, jednakże z powodu nocnego pracowania rozmowa nam się nie kleiła, za to oczy bardzo, więc postanowiwszy nie robić głupot, zdecydowaliśmy się na co najmniej dwie godziny snu przed tymi katakombami. W południe znowu do Bambergu, pomysł wjechania na starówkę SUVem jest lekko odważny,  ale faktycznie wyrobiliśmy się na wszystkich zakrętach i nawet chwyciliśmy miejsce parkingowe- bezpłatne. Cuda, panie, cuda. Sztolnie i katakomby w Bambergu są pod sześcioma wzgórzami, te pod Św. Stefanem są odnowione i można je zwiedzać. Wydrążone jako kamieniołomy, służyły potem jako piwnice  pod domami, składowano w nich przede wszystkim piwo. Podczas wojny jako bunkry, ale i jako zakłady produkcyjne. Dzisiaj dojścia z domów prywatnych są zamknięte, jedna knajpa ma jeszcze wejście, gdzie składuje beczki, a za zakrętem jest nawet mała kaplica. 



*Niedziela. Zaproszenie do siedzenia na kanapie, czytania, dziergania, zabawy z Mirką i obserwowania rybek w akwarium, czyli odwiedziny u Mr. Dom.  Siedziałam więc i patrzyłam. Powiedzmy tak; ja mam w chałupie ład i porządek, nic się nigdzie nie wala, kuchnia zawsze posprzątana, łazienka też, kurzu w pokojach nie ma, oczywiscie na podłodze trafia się Mirkowa sierść, pomimo regularnego odkurzania. Ale serio, u Mr. Dom jest jakoś jakby czyściej, bardziej posprzątane, nie ma też durnostojek, tylko trochę dekoracji i flory. No nic, w południe pojechaliśmy do Erlangen, wysikać Mirkę w Ogrodzie Botanicznym. Ogród jest spory, dużo egzotycznych roślin, szklarnie, dżungle.  I tak mi się powiedziało, że jak mi wszystko w tej Górnej Frankonii i w mojej wiosce pasuje, że czuję się jak przysłowiowa świnia w błocie, jednakże brakuje mi tu jednej rośliny, definitywnie i bardzo. Jarmużu z wędzoną kiełbaską, do tego kawałek Kasseler i ziemniaki.  Geograficzna granica tej potrawy musi przebiegać gdzieś w okolicy Göttingen, bo od tego miejsca na mapie na południe jest nieznana, niejedzona. Już dawno nikt nie spojrzał na mnie tak maślano- zachwyconym spojrzeniem: TO TY TEŻ UWIELBIASZ JARMUŻ? Ano, w końcu dziesięciolecia życia w Dolnej Saksonii swoje robią, a jarmuż jest najlepszym jedzeniem w zimie. Mr. Dom pochodzi z Westfalii, więc zna, wie i je. Niedługo jestem w Eschershausen, trzeba będzie mi kupić nieco tego towaru do konsumpcji podczas górnofrankonskiej zimy. Po powrocie do Lichteneiche Mr. Dom znowu kazał mi zająć miejsce siedzące na kanapie, po czym ugotował i  podał obiad. 




*Poniedziałek. Ledwo rano przełożyłam nogi przez próg, zadzwoniły moje dziunie z geriatrii, że poszukują kogoś na dyżur popołudniowy, bo ktoś tam gdzieś tam i zachorowały... obliczyłam sobie szybko, że po moim wolnym na życzenie weekendem tydzień temu, mam na koncie minus pół godziny, więc pracując siedem, krótki dyżur, zrobię sobie netto sześć i pół godziny nadgodzin, które chętnie sobie wykorzystam, gdy będę miała okazję szybciej wyjść z pracy. Tak więc poszłam, popracowałam, tragedii nie było, a było nas 3 pielęgniarki plus prawie gotowa z nauką uczennicą, do tego popołudniowy serwis... geriatryczny pacjenci częściowo naprawdę starzy, ale niesamowicie na nogach, nawet najnowszy pacjent z endoprotezą biodra po jednej stronie i protezą podudzia po drugiej stronie, wstał i chodził o balkoniku. Patrzyłam i nie wierzyłam... Na nocny dyżur przyszła Christina i przyniosła mi worek waty do wypychania poduszek i dzierganych z wełny misiów, bo mam w planie coś takiego wykombinować Fionce. 


*Wtorek. Wyspanie się po dyżurze i wieczornym, obligatoryjnym bieganiu z Mirką. Po południu sportowo, znaczy gimnastyka w szpitalu dla personelu. Tym razem lwia część na piłkach, i chyba znowu sobie taką zamówię do domu. Miałam już dwie po kolei, ale jakiś po kolei powydawałam,  jeszcze w Eschershausen, jedna poszla do Emilki, druga do Ewci. Po powrocie do domu, zakupach i co tam jeszcze, pranie też zrobiłam, rozwiesiłam, część na balkonie,  duże części zaniosłam na na strych- zaczęłyśmy telefonować z Arletą, ale doszłam do wniosku, że nie ma co gadać w ten telefon, zaproponowałam jej, że zaraz wsiądę w auto i podjadę do niej, co też zrobiłam.  W planach była Lalka na netflixie, ale z powodu gadania o wszystkim nic z serialu nie załapałyśmy, czyli odłożone do "inną razą". O wpół do pierwszej w nocy byłam z powrotem, wszystkie auta stały już grzecznie w podziemnym garażu, tylko oczywiście jeden parking pusty jeszcze, bo pani A. jeszcze gdzieś po nocach się szlajała 😇 z 🐕


*Środa. Jako, że późno poszłyśmy z Mirką spać, to wyspałyśmy się do 9 rano. Mirka głucha i nie zawsze załapuje moje podróże do toalety, ona po prostu śpi i chrapie. Rano poskładałam pranie, wyprasowałam co nieco, przejrzałam, zacerowalam dziurkę w koszulce, bo przy praniowych akcjach dokładnie przeglądam garderobę i w razie konieczności od razu działam. Na obiad kalafior i schabowy. Warzywo trafiło mi się prześwieże i białe jak śnieg, mniam. Wieczorem wyprawa do mojego klubu ogłuchniętych, tym razem referat profesora doktora Hornunga, implantującego w klinice w Erlangen. Za 3 tygodnie będzie operował moją nową znajomą. Angela jest ode mnie młodsza o 10 lat, urodziła się z jednym uchem normalnie słyszącym a drugim gluchym; w międzyczasie to słyszące od wielu lat wspomagane jest aparatem słuchowym, który Angela koniecznie potrzebuje nowy, no ale najpierw ta operacja i implant ślimakowy.  Żeby było tragiczniej, Angela pracuje w zbiorowym biurze i nawet czasami musi telefonować. Więcej horroru nie będzie. 


*Czwartek. Rano przyleciała paczka od Gackowej, dzień więc osłodzony landrynkami we wszystkich kolorach. Plus książki,  gazetki, wełna, galaretki... szybkie rozpakowanie, posortowanie, uciecha, odsikać Mirkę i na dyżur. Tam z kolei personalnie nieco nadplanowo, bo mało pacjentów i zwykle są sprawni; troszkę się wynudziłam, ale cicho sza, wkrotce ide na internę, a tam jest zwykle baaaardzo inaczej. Zabierałam ze sobą praktykantkę na moje obchody. Po powrocie do domu i zerknięciu do skrzynki pocztowej powtórka z radości, przyleciały tomiki wierszy FrauBe 😎 oj będzie czytania w jesiennozimowej porze roku, dziękuję ślicznie!


*Piątek. Odrabiam moją listę, rzeczy i sprawy do załatwienia, typu jakie wyniki z badania krwi mam wziąć ze sobą do kardiologa, uzgodnienie wizyty na szczepienie Mirki, jej opodatkowanie- póki co, leci do końca roku na tym z Zapfendorf. Gotuję zupę jarzynową,  z krupami, idealna na chłody, które jednak nadeszły, do tego wszechobecna mgła, każdego ranka. Kończę sweterek dla Fiony. W mieszkaniu wszystko w sumie gotowe, w sensie prania, sprzątania, jedynie małe zakupy do odbębnienia, artykuły typu mleko, masło,  jajka, kilka plastrów szynki. I już weekend, plany na spędzenie czasu, nie będzie tego czasu długo, bo w niedzielę idę na popołudniowy dyżur. 




15.10.26

54/ 26. Zmiana dekoracji

 na blogu. 

Będzie w formie tygodnika, z codziennymi krótkimi notatkami. 

Zobaczę, czy tak bardziej mi się spodoba, niż sporadyczne pisanie. 

Publikacja w nocy z piątku na sobotę, bo soboty nam zwykle zawsze wolne. 




10.10.26

53/ 26. W nocy

wszystkie koty szare,  a Mirka zdziwila się na propozycje wstania po czwartej rano. 

Bo to było tak, że Arleta musiała na moment wybyć do Polski, pojechała tam w środę autem syna i zostawiła to auto od razu do remontu, a w czwartek wieczorem wyjechała stamtąd, autobusem. Planowane przybycie w Bamberg w piątek o vodzinie 4.45. I obiecałam ją odebrać z dworca o takiej niechrześcijańskiej porze. Bo w odróżnieniu od innych normalnych ludzi, nie musiałam w piątek na rano do pracy, ale dopiero wieczorem. W czwartek miałam dyżur do dziesiątej wieczorem, po powrocie do domu najpierw oczywiście spacerek z Mirką,  około północy leżałam w łóżku, a o czwartej zadzwonił budzik, czyli noc była krótka. Na szczęście autobus był spóźniony,  i mogłam jeszcze poleżeć pół godziny, zanim wyruszylam do Bambergu. 


Little Aleppo kompletnie bezludne, dworzec dopiero się budził. Mirką obejrzała pociąg i nasikała na peronie pierwszym, a i Arleta już była. Obolała w plecach i w tyłku z długiego siedzenia, oczywiście nie spała, i stwierdziła, że jak takie jazdy, to jednak tylko własnym samochodem.  Zawiozłam ją do Zapfendorf, wtargałyśmy bagaże na pierwsze piętro, po czym pojechałam nawiedzić ślubnego niemęża,  o czym go wieczór wcześnie poinformowałam; miałam bowiem rano wizytę u dentysty, odłamał mi się kawałek z ostatniego zęba w paszczy i dostałam taki termin do naprawy na cito. Dentysta jest dwie wsie dalej za Zapfendorf, i głupotą byłoby wracać do Memmelsdorf, aby potem znowu jechać w tamtym kierunku. Tak więc Tobi zrobił śniadanie, porozmawialiśmy o nic nieznaczących głupotach, oczywiscie o niebezpieczenstwie, jakiemu oferują się dwie kobiety czy każda w pojedynkę w środku nocy przy dworcu w Bambergu, po śniadaniu poszliśmy przewietrzyć Mirkę,  po czym ja pojechalam do dentysty, w powrotnej drodze wdepnęłam na pocztę i do sklepu sportowego, gdzie kupiłam sobie adidasy, które są odporne na deszcz. 

U nas akurat zaczęła się jesień, mokra i wietrzna. Aktualnie siedzę na dyżurze, moja geriatria w końcu się ululała i mam trochę luzu. 

Na dzisiaj mam zaproszenie, znowu do Bambergu, na zwiedzanie sztolni, wystosowane przez Mr. Dom. Pojadę, a co. 





4.10.26

52/ 26. Fürth

Wczoraj spontaniczna wizyta w Fürth, na odpuście św. Michała, czyli ichnia Kerwa. Jedna z bardzo popularnych we Frankonii. Masa ludzi, bo to było święto, 3 października. Sam odpust trwa 10 dni. 


Oczywiście odpowiednio zabezpieczone, to smutne realia życia w Niemczech. Ale pomimo masy narodu i narodów, spokój, można bezkonfliktowo odwiedzać, chyba, że wpadnie się w tłum posuwisty. 
Poboczne uliczki bardzo spokojne, wyciszone, idealne miejsce na odetchniecie od gwaru i tłumu, na lody czy kawę. 

Jesień weszła na stałe do krajobrazu. Dzisiaj rano podziwiałam pajęczyny z rosą. 





W pracy dostałam kompletnie wolny weekend, co też jest miłe. Miałam bowiem paręnaście nadgodzin. Aktualnie jestem na geriatrii, znaczy byłam dopiero jeden dzień, 1 października. Kolejne 3 dni mam wolne, do pracy idę dopiero w czwartek na popołudnie i w piątek na dyżur nocny. Następny weekend jest zaplanowany na miejscowe atrakcje, a za 2 tygodnie wybywam na błyskawiczną wizytę u Fionki. Muszę jeszcze tylko dokończyć taki żółty sweterek 🧶


2.10.26

51/ 26. Na plusie lecę

No jakby nie było, bo taka przeprowadzka i urządzanie nowego mieszkania, dokupowanie tego i owego, bo koniecznego, jednak kosztuje. Aktualnie potrzebuje jeszcze dużego noża, a najlepiej dwa, do chleba i mięsa. Nie potrzebuję strasznie, bo np chleb najchętniej kroję w sklepie, z powodu okruchów, a mięso też nie mam w takich kawałkach, żeby było konieczne jego filetowanie, no ale nóż się przydałby i do innych celów. Rozpatrzę się w Tchibo. 

Potrzeba mi też nieco pościeli i ręczników. Mam moje ulubione, jeszcze z prudnickiego Frotexu, to była jeszcze jakość, ale mają już chyba wkrótce 40 lat, i zaczynają prześwitywać. 

Poza tym, wszystko mam, łącznie z dywanikami, stoliczkiem na balkon, nowy- stary rower, do niego koszyk, we wrześniu wyskoczyło mi leczenie kanałowe zęba i z powodu odpustowej promocji kupiłam sobie nowe okulary. Naprawa aparatu słuchowego, auto przecież też, i na szczęście Nico nie zdarł żywcem ze mnie skóry. Jako ciekawostkę podam, że na jedzenie wydałam we wrześniu 218€, na paliwo 97, żarełko Mirki 17. Tanio mam jeszcze internet, bom nowa klientka, póki co, wołają po 9.95 za miesiąc, ale to się zmieni i będzie dużo więcej. Za prąd płacę aktualnie 63€, zobaczymy, czy to realnie, czy zużywam mniej czy więcej. Póki co, nie mam jeszcze rozliczenia za wodę i wszystkich innych dogodności typu ogrodnik i dozorca,  a także za ogrzewanie. Muszę skontaktować się z firmą zajmującą się tymi rzeczami, żeby wystawili mi póki co, jakiś rachunek zastępczy. I oczywiście od następnego roku dojdzie mi zapłata tzw. domowych pieniędzy, jako inwestycja we własność, w razie remontów. 

Póki co, wszystko opanowane, i mogę spokojnie żyć i nawet używać tego życia. Ok, gwoli ścisłości, wycieczka do Westfalii nie kosztowała mnie nic.

W październiku jestem na geriatrii, czyli akurat znowu zadebiutowałam, było nawet nieźle, 7 pacjentów, ale w tym przypadku na serio starcza, wystarczająco pracy z nimi. 

Mirka skończyła oficjalnie 15 lat, bo jej w paszporcie wklepali taka datę urodzenia, 1 październik 2011. Starsza jest na pewno, ale sprawna i szybka, tylko, że głucha. 

Z ciekawostek towarzyskich; ostatnio ja i Arleta nieco unikaliśmy naszej stosunkowo ulubionej ShareCafe w Zapfendorf, bo nie chciałyśmy, aby nas tam przepytywano, Arletę co do obozu, a mnie co do wyprowadzki. Ale na środę Arleta wymyśliła, że skoro ja mam wolne, to najpierw zjemy u niej pierogi z Biedronki, które akurat przywiozła z szybkiej wyprawy do Polski, a potem pójdziemy na kawę i ciacho do ShareCafe,  przepatrzymy towar second hand, ja pod kątem Fionki, a Arleta uwielbia po prostu grzebanie w towarach, a co do przepytanek, niech się dzieje wola nieba, i ciekawe, która pójdzie na pierwszy ogień. 

No oczywiście ja. Susanne nałożyła nam ciasta ze śliwkami, i od razu uderzyła do mnie w te słowa, że była "na piwnicy*", w Kemmern, a tam mówili, że od A. odeszła żona. 

W KEMMERN, NA PIWNICY 😵

Ja tam w życiu nie byłam, nikogo tam nie znam, a jestem tam tematem rozmów. No cóż, jak mówi Mr. Dom, Bamberg i okolice to jednak wiocha 😋

Arletę przepytano w kierunku obozu, którym kierowała, a który od końca lipca nie istnieje na papierze. Okazało się, że właściciel kontenerów zgłosił plajtę,  czyli nie będzie tych kontenerow likwidował. Gmina nie chce obrażać się kosztami takiej akcji, bo niby dlaczego, na posesji leży góra śmieci i odpadów, i biegają szczury. 

No pięknie ładnie. 

Moja jubilatka tydzień temu jeszcze w hotelu Arcadeon. 

*piwnica czyli tutaj Keller, i mówi się nie w piwnicy, lecz na piwnicy. Miejsce przechowywania piwa, najczęściej świetna miejscówka gdzieś na obrzeżach wsi czy miasta, często pod lasem. W cieniu drzew wiele stołów i ławek, gastronomia prostą ale smaczna, do tego rodzime piwo. 



26.9.26

50/ 26. Twelve Oaks

wprawdzie to nie jest, ale jest dużo dębów w przyhotelowym parku, 

ani furtka nie wygląda jak ta z Tajemniczego Ogrodu, 

ale hotel jest przytulny, okolica bardzo zielona i zapraszająca do spacerów, takie dobre miejsce do spędzenia weekendu, gdy ma się nieistniejącą rocznicę ślubu. 

Biwakujemy w hotelu Arcaleon w Hagen, Westfalia. Przed wyżynami Sauerlandu, przy Zagłębiu Ruhry. 

Sama dziwię się temu mojemu życiu, i jak wszystko się zmienia, dzieją się rzeczy, z których istnienia wcześniej nigdy nie wyszłabym z założenia, że będą się działy. Jakoś wcześniej było spokojniej, czasami nawet nudno, co mi w sumie nie przeszkadzało, bo ja nigdy się nie nudzę. 

Obejrzałam wczoraj nieco miasto Hagen, konkretnie okolice Placu Berlińskiego, czyli dworca kolejowego. Moje aktualnie rodzime Małe Aleppo przy ulicy Luitpoldstrasse w Bamberg to jest pikuś w porównaniu do Hagen. Odwiedziny u pewnej starszej damy, rocznik 1938, czyli jak mój tato, jej realny sceptyzm i definitywnie niebieskie zapatrywanie na dalsze życie. Była mile zaskoczona moimi śląskimi korzeniami. Sama pochodzi z północnoniemieckiego Kiel. 

Rano przy śniadaniu, nad filarem przy bufecie, odkryłam to motto: 

"Kto chce nowego, musi je całkowicie chcieć". 

Potem poczytałam sobie o osobie Karla Ernsta Osthaus, który pochodzi z Hagen.

No to lecę dalej, tutaj odbywa się ponoć bardzo ciekawy i duży targ w sobotę. 

Ciekawe, czym życie mnie jeszcze zaskoczy. 




24.9.26

49/ 26. Jesień

Takie ogromne pigwy w ogrodzie przy głównej ulicy. 



Ziemowity, tak nazwała je Gackowa, nie znałam tej nazwy, dla mnie to Herbstzeitlose jako roślina a colchicum jako lek ma podagrę.  Bardzo trujący kwiatek. Łąka między drogą krajowa a autostradą numer 70 jest dosyć fioletowa, chyba raczej nie kosza tam trawy na siano, bo bydło instynktownie unika. 


Co poza tym. Dostałam zaproszenie na weekend do Westfalii, oczywiście z Mirką, torby spakowane, jutro z samego rana wyjazd, ponad 400 kilometrów. Trochę się cyka)am, sporo zastanawiałam, i doszłam do wniosku, że nie jadąc, też nic nie zyskam, a tak przynajmniej zobaczę trochę szerokiego świata. No to jadę. Miałam spakować konkretne ciuchy i wygodne buty, to spakowałam. Pogoda ma być świetna. 

Noce są jednak bardzo chłodne, okazało się, że centralne  ogrzewanie jeszcze nie zaskoczony, bo było jednak wyłączone kompletnie na latoę (ciepła woda była z dachu, mamy kolektory); po wizycie u Nicole nade mną i zagadaniu sąsiadki na parterze okazało się, że też trochę wieczorami marzli, Serbowie nawet farelką użyli, więc zadzwoniłam do zarządu budynku, i teraz mamy ciepło i przyjemnie w mieszkaniach. 

22.9.26

48/ 26. Poranne spacery



Bardzo lubię chodzić rano z Mirką na zachodni koniec wsi i popatrzeć na pałac. 

Dzisiaj spotkałam tam moją współwłaścicielkę z jej pieskiem; pomimo, że to tez suczka, czarna i kudłata, Mirka nawet ją lubi, w każdym razie przyglada się z ciekawością, jak Holly biega za piłeczką. Pańcia Holly opowiedziała mi trochę z własnych problemów bogatej dziedziczki, jakie akurat ją dopadają, kończąc zdaniem: a dzieci tylko przychodzą po kawałek ciasta. 

Przy czym nie miała na myśli wypieku. 

Ale po raz kolejny mi powiedziała, jak bardzo się cieszy, że to akurat ja jestem jej wspólniczką. Cieszy mnie to za każdym razem. W rewanżu odpowiedziałam jej, że jestem naprawdę szczęśliwa w tym moim mieszkanku i uważam to wszystko za pozytywny zbieg przypadków w trudnej dla mnie sytuacji życiowej. 

Zaczyna się robić zimno, dzisiaj trawa była miejscami biała, nie szron jeszcze, ale to już chyba niedługo potrwa. Zaczęłam wyjmować moje wełniane chusty, baktusy i inne strzałki. 

Ślubny niemąż szuka kontaktu ze mną, dla mnie ten pociąg już dawno odjechał. A ogólnie, sama, mam o wiele ciekawsze życie 😎 a przede wszystkim, żyję.  



20.9.26

47/ 26. Część okien wymyta

Wczoraj urządziłam sobie gospodarcze przedpołudnie, wyczyściłam okna w sypialni, biurze, łazience i kuchni. Łącznie z czyszczeniem za siatkami na owady. Moja poprzedniczka założyła różne siatki w różny sposób na te okna, a raczej za nie. Z bungalow byłam przyzwyczajona do siatek na ramie, wyciągało się te ramę, odkurzał, czy myło w wannie. Tutaj są przyklejone, albo na rzepy, albo na metalowe guziczki, które są przyklejone do ramy. Rozgryzłam system, nic nie rujnując, bo pierwszej młodości te siatki nie są, ale są, i niech póki co, sobie będą. 

Do umycia mam jeszcze duże okno i drzwi balkonowe w salonie, to zrobię któregoś ranka, bo jest to od zachodniej strony. 

W kuchni przy okazji umyłam górne szafki, bo były obligatoryjnie zakurzone plus tłuszcz na nich się zbierający, a nie lubię tego bardzo. Tę robotę funduję sobie zwykle dwa razy w roku, gotuję prawie codziennie, lecz nie długo i skomplikowanie, piekę rzadko, ale jednak się na tych szafkach zbiera. 

Ogólnie te moje 70 hektarów, jak je nazywam, mam dobrze pod kontrolą, i to nie przemęczając się. Świetne uczucie. Wychodzę z domu i wiem, że zastanę go po powrocie tak samo, jak go pozostawiłam, dojdzie jedynie trochę psich kłaczków na podłodze. 

Wczoraj dałam namówić się na wieczorne wyjście do włoskiej restauracji w Bamberg, w centrum miasta, po kolacji jeszcze lody przy moście łańcuchowym. Znajomy chciał spotkać znajomych, małżeństwo z Burgerbrach, i nie chciał iść sam. 

I co wam powiem, Bamberg wieczorową porą i oświetlony jest też piękny. Sama nie odważyłabym się z oczywistych powodów, wędrować po starówce i bulwarach, poczynając od garażu podziemnego, ale w towarzystwie dwóch postawnych, atletycznych mężczyzn, po prostu napawałam się byciem tam i niczego się nie obawiając, przy takich bodyguardach. Jakby co do czego, z moim miernym wzrostem zmieściłabym się Karstenowi pod pachę,  a on chodzi regularnie na siłownię, tak więc. Postaram się namówić go na wyprawę do kina na Luitpoldstrasse, jest to jedna z głównych ulic miasta i niestety zwana Małym Aleppo. Nie jest tam zbyt bezpiecznie, chadzałam tam do tej pory tylko z samego rana, Barbershop przy Barbershop, przetykane kebabami, Western Union i arabskimi supermarketami, ponuro patrzący brodaci mężczyźni i zachustowane po kostki kobiety, nierzadko w nikabach, każda z wianuszkiem dzieci. I tam właśnie jest Odeon, i tam lecą najnowsze filmy...

Dzisiaj przed południem wybrałam się z Mirką piechotą do kolejnej wsi, Weichendorf. Zdążyłyśmy przed mżawką,  a po drodze posluchalismy nieco niedzielnego jazzu na starym dworcu. A oto kaplica w Weichendorf. 








Stara gospoda.


Przy remizie mają defibrylator, tutaj każda wieś ma ten sprzęt.