28.6.26

10/ 26. Podczas upału nudy nie ma

Właściwie plan był taki, że aktualnie mając urlop, miałam sie przeprowadzać, ale w oddziale ksiąg wieczystych coś tam jeszcze gdzieś tam, maklerka wychodzi z założenia, że w przyszłym tygodniu powinno się dopiąć, no to czekam na wezwanie do zapłaty i klucze. 

W sumie i lepiej,  że nie w te upały. Wczoraj było u nas 39 stopni na termometrze, dzisiaj też. Jednakże zrobiłam sobie wczoraj aktywniejszy dzień, bo rano na zakupy- z całą wsią, przyjemny chłodek w Lidl... tankowanie auta po zeszłotygodniowej podróży; u nas magicznym czasem jest przed 12 w południe, bo o tej godzinie ceny paliwa raz na dzień idą w górę, a taniej może być niezależnie od pory dnia czy nocy, tyle, że rzadko to się zdarza. Od 1 lipca kończy się rabat na paliwo, był przez 2 miesiące i nie będzie przedłużony.  Dlatego też tak szybko jeszcze zebrałam się do Fiony, jakby nie było, to jest tam i z powrotem prawie 500 kilometrów. 

Wczoraj tankowałam benzynę E5 po 1,85,9 ct, dziesiątka była o 4 ct taniej, diesel jest od jakiegoś czasu tańszy niż benzyna. 

Śniadanie, i już Mirka marudzi, że trzeba lecieć... jak ona to wytrzymuje w tym futrze, w wieku lat 15 +, jest dla mnie zagadką,  I hamuje ją nieco, więc cień, trawa, biorę jej wodę na spacer, bo rzeczki i strumyki w Zapfendorf wyschły, jedynie Main płynie dobie jak zwykle w kierunku Frankfurtu. 

Wczoraj po południu wybrałam się do biblioteki, przyniosłam sobie 4 książki, jedna o dzierganiu dla maluchów, dwie o turystyce w Górnej Frankonii, i co jest ciekawego do zobaczenia, a czwarta to kolejna autorki Ingrid Noll, którą uwielbiam. 

Przy okazji pogadałam z koleżanką pracową z działy serwisu na internie, bo ona też mol książkowy, uwielbia powieści historyczne i najchętniej bardzo grube książki. 

Zdecydowałam się póki co, przedłużyć abonament w bibliotece, co kilka tygodni odwiedzać nie będzie problemu, do tego jest tu przecież też Arleta. No i cieszę się już na listopadowe dzierganie wśród książek. 

Kulinarnie nie szaleje, gotuje pod wieczór, lekkie potrawy. Dzisiaj będzie zupa grochowo- fasolowa z własnych owych warzyw z ogródka. Groch wysechł w tym upale, namoczyłam i można używać. Fasolka szparagowa też dojrzewa, ogórki kwitną. Dzisiaj wieczorem ma być burzą, z pewnością po niej powietrze będzie jak w pralni. 

W piątek zrobiłam bowiem ten błąd, że za bardzo się oszczędzałam, poczynając od piwnego wstania, potem Siedzenie, czytanie, oglądanie. Siadło mi nieco krążenie, nogi spuchły, lekkie zawrotu głowy. Pomimo, że w piątek było z 3 stopnie mniej, tak więc, z rozumem, ale trzeba organizm wystawiać na działanie elementów atmosferycznych. 

Dziergam kolejny kocyk dla Fiony, ale to warte osobnego wpisu. Oglądam sobie przy tym na YouTube filmy. Dzisiaj nostalgicznie Konopielkę, a wczoraj Kronikę Wypadków Miłosnych, bo faktycznie znałam ten film jedynie ze słyszenia. Problem był taki, że nie ma go całego po polsku, tylko wycinki, a cały jest z rosyjskim lektorem. No to wzięłam to tak na klatę 😎 A przedwczoraj leciała Niemoralna Propozycja, ten film z 1993 roku, który jakoś nigdy do tej pory nie obejrzalam do końca, ale w końcu przedwczoraj. 

Bardzo wysokie temperatury skłoniły mnie do rezygnacji z udziału w ognisku świętojańskim w piątek we wsi, balangi nad jeziorem wieś dalej, i grilla w obozie uciekinierów; to był taki w sumie pożegnalny grill, bo z końcem lipca obóz będzie zamknięty, a kontenery odtransportowane. W planach było też muzeum Levi Straussa w Buttenheim, bo doszła nowa wystawa, ale jest ona do końca września, a tłuc się po autostradzie przy tych temperaturach, wolałam nie. Także chyba z tego powodu jest sporo wypadków, także rozkraczajace się na drodze pojazdy, normalka. 

Tak więc idę czytać w zacienionym salonie, po zachodzie słońca pójdę z Mirką na spacer.

Co poza tym? 

Myślę o tym wszystkim, o naszym rozstaniu, łatwe to dla mnie nie jest, bo ja nie jestem taka fiu będzie, i odmieniło mi się,  dla mnie była to poważna decyzja na całe życie, ale cóż, jak się nie dało. Nasze stosunki są poprawne, więcej respektu niż przed tą decyzją, normalnie obok siebie żyjemy, spędzamy dni, rozmawiamy. Do Tobiego dochodzi zasięg i znaczenie naszego wkrótce osobnego życia, i wczoraj nawet napomknął, że przecież nie tak to sobie wyobrażaliśmy. Ja w żadnym przypadku nie tak, jak było od ponad roku, a rozmowa na temat nie była możliwa. W sumie zdziwiłam się wczoraj, że takie go jakby sentymenty dopadły, bo o uczuciach to nie jego temat od dłuższego czasu. No cóż, stało się, i się nie odstanie. 




25.6.26

9/ 26. Stonehenge

Frankońskie, w Tiefenpölz. 

Mam taką osobista tradycję, że noc świętojańską, albo przynajmniej wieczór do zachodu słońca, spędzam w jakimś szczególnym miejscu. Nie musi być ono jakimś non plus ultra, po prostu wycieczka dokądś, co mi zapadnie w pamięci. W zeszłym roku byliśmy nad jeziorem w czeskim Těrlicko, po drodze z Polski. 

W tym roku sytuacja nieco inna, ale zakomunikowałam to Tobiemu i spytałam, czy też chce jechać. Odpowiedź oczywiście polityczna, że na pewno ciekawe. Proste tak czy nie wystarczyłoby mi. Zebrał się ze mną i nawet szoferem był. Oczywiście Mirka też na pokładzie, no bo jak bez Rudej? Wieczorem było już tylko 27 stopni z tendencją w dół, więc do wytrzymania nawet w futrze. 

Frankońskie Stonehenge odkryłam przypadkiem na zdjęciu w insta pracowej koleżanki, to było pod koniec zimy. Dlatego zapragnęłam tam pojechać i zobaczyć, a żeby było "na pamiątkę", to właśnie w wieczór świętojański. 

(ciekawe, gdzie i jak spędzę wieczór/ noc świętojańską 2027? Często stawiam sobie takie różne pytania, jako kamienie milowe)








Na pagórku naprzeciw wiejska młodzież świętowała przy ognisku i w towarzystwie straży pożarnej. 


24.6.26

8/ 26. Upał

Krążeniowo świetnie znoszę, to jest moje normalne ciśnienie krwi, czasem nawet niższe. Od jakichś 20 lat biorę jedyną tabletkę rano, to jest Bisoprolol w homeopatycznej dawce 2,5 mg. 

Co drugi dzień jakiś obiad mięsny, tym razem piersi z kurczaka na papryce. Oczywiście nadziane czosnkiem. Komary nie lubią tego zapachu skóry. Obligatoryjna świeża sałata,  dużo jej w ogródku, trzeba zużywać, zanim się ugotuje w żarze. Zaczynają kwitnąć ogórki, ciekawe, czy jeszcze będę tutaj, jak już będą. 

Skończyłam wełniany sweter na zimę, tu się jeszcze moczy i ręcznie pierze, ale jest już chyba suchy.


I tak to leci w tym tygodniu z temperaturami iście z Sahary. 



Sportowo nie w hali, była lekka joga na boisku w cieniu. Tego towarzystwa będzie mi po przeprowadzeniu się brakować. Nadal czekam na wiadomość przepisu i żądanie zapłaty. 

22.6.26

7/ 26. Migawka z podróży

 



To jest ten krzyż przydrożny, między polami z chmielem, o którym wspomniałam w poprzednim wpisie. Stoi w Grubwinn koło Wolnzach. 

Pobyt u dzieci był świetny,  pomimo upału i kolek Fionki. Byłam raz z psem, z synem na zakupach, w jeden dzień pomogłam przy obiadokolacji, w drugi sama przyrządziłam takową, zajęłam się składaniem wysuszonego prania, i zajmowałam się poza tym Fionką i jej humorkami.

UWAGA: dwa razy sama się z nią zostałam, po godzinie, Sol się pytała, czy mogłabym i czy czuję się na siłach... no, cztery kilo bobasa jest do ogarnięcia według mnie, ja się jej nie boję, ona mnie też nie, więc... i wysłałam ich na psi spacer razem, bo Sol już dawno nie była, a dzisiaj, jak syn już poszedł do pracy, kazałam jej wziąć sobie moje auto i obskoczyć, co jej tam jeszcze było trzeba, apteka, poczta, coś tam z supermarketu. Oczywiście miałam dzwonić, jakbym sobie z Fioną nie dawała rady, czyli jakby za bardzo krzyczała. Ona jest karmiona piersią, smoczek ot tak czasami lubi, poza tym, zawsze jest trochę maminego  pokarmu od wszelkiego przypadku. Powiedziałam jej, im, że najwyżej będę z Fioną dyskutować,  ale niedużo było tej dyskusji, poprukala sobie i od razu jeden temat mniej, obejrzeliśmy sobie na przewijaku jej mobile, pośpiewałam jej Ore, ore, Był sobie król, pośmiałyśmy się do siebie i z siebie, i było pięknie.  

Spacery przy 37 stopniach były niestety wykluczone, no cóż. Cztery tygodnie temu też tak było, upał do zwariowania. Łatwo przegrzać maluszkę.  Dolni sąsiedzi swoją miesiąc starszą córeczkę tylko raz wieczorem przez ogródek nosili, ale to specjalny temat. Możemy poplotkować na temat 😉

Rodzina hinduska, po narodzeniu małej oczywiście najazd rodziny z Indii. Dziadek i babcia w końcu odjechali, została się jedna pani wieku średniego, często odziana w sari ( sąsiedzi ubrani europejsko, znaczy rodzice tego bobaska). Przy wietrzeniu małej w ogródku w końcu ją zobaczyłam, czuprynkę i brwi ma niesamowite, co Sol trochę zazdrości, bo Fionka łysata, na co jej po raz kolejny powiedziałam, że nie ma co zazdrościć, fryzurka Fionki jest idealnie bobaskowa, jej ślubny czyli mój syn też miał czuprynę, prawdziwe włosy, i było to bardzo męczące w pielęgnacji, szczególnie latem, bo te włosy trzeba codziennie myć, inaczej tłuste strąki i tak też pachną,  a samo czesanie takiej drobinki prawdziwym grzebieniem też mam już przerobione plus strzyżenie dziecka, co nawet nie ma roku. Tę mięciutką szczotkę dla niemowlęcej główki od razu mogłam przekazać dalej.  

Dzisiaj rano hinduska młoda para spakowała auto w sensie pledy, koszyk, jedzenie i napoje i ruszyła autem w kierunku nieznanym. Bobasek został w ramionach pani ubranej w sari, znaczy w domu. Po lekturach Małej Księżniczki i Tajemniczego Ogrodu w swoim czasie wniosek nasunął mi się sam- dziadkowie pojechali sobie do domu do Indii, ale zostawili na posterunku prawdziwą "ayah"! Tradycyjną hinduską nianię, piastunkę do dziecka, taką samą, jakie miały już brytyjskie dzieci stacjonowanych tam oficerów sto i więcej lat temu. No a co 😎 

A do Fionki tylko babcia wpadła jak po ogień na dwa dni... ale jakby nie było, drugi już raz. I bardzo to Fionce jest śmieszne, bo śmieje się całą aktualnie już bezzębną buźką do mnie. Dzisiaj o wpół do czwartej w nocy zrobiła koncert, bo brzuszek bolał, potem spała, Sol zasnęła jak Fionka rano już sobie gadała, dałam jej smoczek i znowu zasnęła na godzinkę. A potem znowu szeroki uśmiech, jakby przypadku w nocy nie było. 

Druga babcia też była tydzień wcześniej i kilka dni dłużej, ale Sol nie drążyła jakoś tematu, to się syna na zakupach spytałam, co i jak było. No to sobie znowu poplotkujemy. Birgit ma oczywiście dużo dalej do Moosburg, 600 km jakoś, i podróżowała oczywiście ze swoim przyjacielem od wielu lat. Jak ja miałam przyjechać pierwszy raz, to syn się spytał, czy ma mi załatwić hotel, ich mieszkanie jest małe, to co miałoby być pokojem dziecinnym, jest biurem, ma jakies 7 m²,  do tego nieduży pokój dzienny z kanapą i ich sypialnia, nie mają pokoju dla gości, ich znajomi nocują rzadko i głównie na materacu, tak że tego. Powiedziałam, że nie chcę do hotelu, chcę do nich a szczególnie dziecka, i będę spać na kanapie, co też robię. Dwoje ludzi na tym narożniku też by uszło, no ale. Drugie dziadki mieszkali w hotelu ze śniadaniem, po czym przychodzili do nich, i Birgit chciała wycieczki z małą, ot tak do lodziarni posiedzieć, czy do ogródka piwnego na obiadokolację, co też Sol z nimi robiła, a wieczorami i Arno dołączał,  sprzeciwili się jednak kategorycznie wyprawie do München,  pomimo, że niby blisko; tutaj ponoć on się postawił, że Fiona jeszcze za młoda na jakiekolwiek interesy w München. Bo wiesz, oni potem wieczorem do hotelu się wyspać, a my potem mamy to dziecko po upalnym dniu, przebodźcowane, niespokojne, z kolkami w nocy.. oni tego wrzasku nie przeżyli na własnej skórze, tak mi to powiedział. O kurczę, tak bym o Birgit jednak nie pomyślała, w końcu to taka jakby szczególniejsza jej wnuczka, bo od córki dziecko. Z tego, co przez te lata obserwowałam, były poprawne i serdeczne między nimi relacje, znaczy między Birgit a Sol.  A jaka jest jako babcia, spytałam. No, jest dziecko, fajnie,  bierzemy do wózka i jedziemy do lodziarni, do parku, do restauracji... 

Nie mam ambicji konkurować o lepsze babciowanie, ale Fiona jest mi bardzo bliska sercu i jadę tam do niej, ale żeby też nie siedzieć i dawać się obsługiwać, bo przecież gościem jestem. Trzeba poskładać pranie, nie ma problemu, gdzie ręczniki w łazience leżą, widzę oczami, odkładam na półki czyste. Poskładam majtki jej i jego, w szafie im grzebać nie będę, tu macie gotowe do schowania, suszarce też wylałam już wodę i farfocle wybrałam. Włączyć czy wypróżnić zmywarkę, umyć jakiś garnek czy deski do krajania i włożyć do szafki. Pies rzygnął, trzeba więc posprzątać podłogę. Sol ma wystarczająco cieni pod oczami, bo każda noc to 3x pobudka. Wysłałam ją na samopielęgnację, na tyle, ile czasu potrzebuje, do łazienki,  kazałam jej się położyć, poczytac gazetkę, spać albo zadzwonić do koleżanki, czy po prostu bezmyślnie polatać po necie. Kurcze, taka "ayah" to nie byłaby najgłupsza sprawa, ale cóż. 230 kilometrów, 2 ½ godziny jazdy, to nie aż tak tragicznie. Dzisiaj koło Ingolstadt i Erlangen było nieco zamieszania, ale grożący korek szybko się rozwiązał, i w niecałe 3 godziny byłam już u Arkadego po Mirkę. 



Ciekawostka, Fiona nie ma "małych" palców u stópek, a ten "duży" jest krótszy od pozostałych. 









21.6.26

6/ 26. Podróż

 

Dwie i pół godziny to nie jest męcząca podróż. Odbyło się bez korków. Oczywiście w Erlangen I Nürnberg nieco więcej ruchu, ale znośnie. Autostrada 9 ma kilka odcinków z budową drogi, przez to ograniczenia prędkości do 80 km/ h, mimo wszystko jest chyba najbardziej optymalną trasą. Ostatnie 40 km jedzie się przez prawdziwą Dolną Bawarię,  z malowniczymi wioskami, górki, dolinki, zakręty, pola z chmielem i przydrożnymi krzyżami. Jeden szczególnie wpadł mi w oko, jakoś się nie zatrzymałam, ale jak będę wracać, spróbuję nie przegapić. 

Fiona urosła i waży 4 kilo. Przybyło dzieweczki. Na wszelki wypadek wzięłam też już większe pampersy. 

Nie wmawiam sobie, ale wodzi za mną tymi niebieskimi oczkami, patrzy się z boku, kontroluje, czy jestem, i śmieje się jak złodziejaszek. Oczywiście piastowanie, huśtanie i pieszczenie całymi godzinami, i spanie u babci na mymłonie 🙃 i co jakiś czas ta kontrola ślepkami, i ten porozumiewawczy uśmieszek. Notabene jest już bezzębna. Czekamy więc na mleczaki. 


Wieczorem rodzicielskie towarzystwo zasnęło,  tak więc miałyśmy z Fionką nieco zabawy, pampersowanie, tulenie, śpiewanie, kręcenie karuzelą ze zwierzątkami nad przewijakiem- faktycznie reaguje na to zoo, śmieje się do nich i macha łapkami. 

A teraz dobranoc. Ciekawe, jaka krótka będzie noc 😅


18.6.26

5/ 26. W sobotę do Fionki

Ale się cieszę!

Jeszcze tylko czapeczkę numer 2 dokończę. Ubranko kupiłam tydzień temu. Zastanawiam się nad zabraniem ze sobą grzechotek, mam dwie po synu na pamiątkę. I takie bawidła na gumce, co je się w budce wózka zawiesza. Chodząc po sklepach, nawet w prawdziwym zabawkowym byłam w ERTL- a sklepy z zabawkami nie są częstym zjawiskiem w Niemczech- nie widziałam takich rzeczy. Dużo drewianych za to. 

Fiona rośnie jak na drożdżach, dobija do 4 kilogramów. Urodziła się z 2490 g. 

Ok, żeby nie było za bardzo "babciowo" na blogu, bo już i FrauBe nieco się też obawiała... 😉

Faktyczny sens tego blogu, nowa, inna ja. Bądź jak Niemcy mówią, Butter bei die Fische. 

Od jakiegoś czasu dziwnie się dzieje między mną a Tobim. Różne myśli mi po głowie chodziły, jak to ugryźć, jak to rozwiązać, co i jak zrobić. Problemem było też, że tylko ja nad tym myślałam, tak po prostu powiem z mojego punktu widzenia czy siedzenia. Zaczynałam rozmowy, przedstawiałam moje wizje, teraźniejszości i przyszłości, czekałam na reakcje, na konkretną dyskusję,  na porozumienie, na kompromisy, oczywiście obustronne. Nic. 

Narodziny Fiony były dla mnie przełomem i znakiem do wystartowania. 

Tobi był jedynym człowiekiem, który mi nie pogratulował wnuczki. Bo ponoć kobiety nie lubią takich gratulacji, bo od momentu zostania babcią zaczynają czuć się staro i dlatego im się nie gratuluje z tego powodu. Za to wyraził zdziwienie, że po dwóch latach zawieszonych kontaktów, nagle że sobą rozmawiamy, i ja tam po prostu pojechalam w odwiedziny. Osobiście podkreślał zawsze i wszędzie,  jak we wsi padało hasło, że ja mam wnuczke, że on nie jest żadnym dziadkiem, bo on nie ma dzieci, więc jaki dziadek. Jego własny wybór. 

Aktualnie jest tak, że po moim jeszcze nie do końca sfinalizowanym kupnie mieszkania pod Bamberg- czekam na wpis w księgach i wezwaniu do zapłaty i klucz- wyprowadzam się do tego mieszkania, sama, znaczy sama z Mirką. Mieszkanie jest inwestycją dla mojej Fionki, i tak to sobie wyliczyłam, że ona ma teraz 0, a ja 58 lat, za jakieś 19 lat, jak ona skończy szkołę, to ja będę miała 77 i trzeba mi będzie pomyśleć inaczej... więc będzie pasować idealnie, ze zwolnieniem lokum. Z pewnoscia się jej przyda, za rogiem Bamberg, Erlangen i Nürnberg niedaleko, czy praca, czy studia. Do tej pory pozbędę się mieszkania, znaczy formalnie, przepiszę owe. Wszystko przemyślenia podatkowe. A póki co, mam gdzie mieszkać. Na swoim, u siebie. 

Nie przypuszczałam, że tak to się potoczy, ale cóż. Dużo można by pisać, ale po co. Jedno jest pewne, Tobi przeliczył się ze mną, nie wziął pod uwagę mojej siły i dumy, i że nie cipcia jestem.

Moja decyzja nie zrodziła się nagle, że ot tak coś mi walnęło i adieu, ta decyzja dojrzewała wiele miesięcy, od zeszłego lata, obracałam ją na wszystkie strony i od podszewki. Mieszkanie i tak kupiłabym, aby zainwestować pieniądze, miałam plany wynajęcia, co miesiąc byłby niezły dodatek do wypłaty- po odciągnięciu kosztów z wynajmu, oczywiście.  Stało się, jak się stało. 

W sumie mam wiele szczęścia, że mogę iść tą  drogą,  bo wiem, że nie każda kobieta w podobnej sytuacji ma tę szansę. Ja mam z górki i doceniam to. W sumie to owoce mojej siły i dumy, które teraz zbieram, i oczywiście wdzięczność za łaskawy los.  Reszta i tak jest wystarczająco pomerdana. 

Na taką wiadomość Tobi oczywiście spadł ze wszystkich swoich chmur, że jak to, dlaczego i w ogóle. To było teraz, 22 maja. 29 marca, dokładnie 2 lata po naszym przybyciu do Zapfendorf, zaczęliśmy poważnie rozmawiać. Przynajmniej ja. On stwierdził, że oczywiście nasze małżeństwo ma jeszcze dobre szanse, jeśli ja się zmienię i zacznę akceptować jego życzenia. Tematu moich życzeń nie było. To była bardzo samotna zima dla mnie. Praca, cały dom na głowie, sprzątanie, zakupy, gotowanie, pranie. Samotne wieczory. Tęsknota za kimś bliskim, z synem i synową zero kontaktów, nie wiedziałam przecież o ciąży Sol, cierpiałam, Tobi to widział i nie komentował, bo oni są przecież głupi i niewdzięczni, a jedynie on wszystko widzi jak się należy. Do tego nie życzył sobie ich więcej widzieć w swoim domu. 

W pewnym momencie w zimie Tobi stwierdził, że MOŻE  między nami byłoby lepiej, gdybyśmy razem nie mieszkali. Jeśli ktoś, u kogo mieszkam, startuje do mnie z takim stwierdzeniem, to u mnie włączają się wszystkie dzwonki i zaczynam działać. Ale on tego przecież AŻ TAK nie miał na myśli. 

... a teraz babcia ma zapotrzebowanie na osobny swój kawałek podłogi, gdzie będzie mogła podejmować gości jakich chce i kiedy chce... 

Faktycznie stwierdził, że być może za dużo i często byliśmy razem w domu, i dlatego nawzajem sobie na nerwy wjeżdżałam. Nosz. Nie wiem, czy ja na serio za dużo w domu byłam? Pracuję średnio co drugi dzień, nie ma mnie wtedy 10 godzin. Regularnie wybywam na sport dwa razy w tygodniu, chodzę do biblioteki, na dzierganie, raz w miesiącu teraz wieczór z gluchymi... bieganie z Mirką, babskie i inne śniadania, czasami jakiś wyskok z Arletą, kino czy terma. Faktycznie, nie siedzisz cały czas w domu, stwierdził Tobi. Za to on tak, odkąd dostaje rentę. W zimie przyrósł do kanapy i denerwowało go, że ja odkurzaczem jeżdżę.  Poza tym, dla Tobiego jest już od jakiegoś czasu jakoś tak, że w lecie jest mu za gorąco robić te rzeczy, na które mu w zimie było za zimno. 

Dzisiaj rano, zanim słońce obeszło dom, wyczyściłam i odkurzyłam sobie auto. Tobiego zmobilizowało to faktycznie do skoszenia trawy przed domem i w ogródku, była pasmami do kolan, bo Tobi "nienawidzi" gładko skoszonych ogródków i kosi jedynie co kilka tygodni. W zeszłym roku ja to robiłam, regularnie, bo lubię, jak porządnie wygląda. Arleta okrzyczała mnie chorą na głowę, żeby chłop w domu był, a baba z kosiarką się ciągała.  W Eschershausen tylko ja kosiłam, ale było mało tego trawnika, do tego był przecież "mój". 

No nic, to mi się ulało. Idę dalej robić pizzę, bo do mojej wyprowadzki żyjemy normalnie, cokolwiek to nie znaczy w takiej sytuacji, ja zajmuje się gospodarstwem domowym, Tobi gotuje, jak ja mam dyżur. To przeforsowałem jeszcze w Eschershausen, że nie będzie tak, że ja wracając z pracy, skoczę jeszcze po zakupy, a w domu od razu do garów, żeby obiad na stole był, w moje pracowe dni to jego działka, i wszystko jedno, ile ma energii i koncentracji, gotuje i nie ma przeproś. 

Aktualnie Tobi się zmartwił, że po mojej wyprowadzce dom się zapuści i będzie jeden wielki bajzel. Przecież co sobie naśmiecisz, to będziesz sprzątał, najlepiej nie zapuszczać, nie robić pierdolnika, i będzie ok. Gary do zmywarki, blaty wytrzeć, stół... odkurzyć czy zamieść, wyprać sobie ciuchy, no tak, ale co z czyszczeniem okien, praniem firan, zmianą pościeli?  Aha, znaczy do tego mnie miał, czy co?

Najprościej to można by było powiedzieć, nie miała baba kłopotu, to se wyszła za mąż. Ale z mojej strony, na serio nie tak to miało być... lecz do tanga trzeba dwojga. 


Na marginesie, wczoraj wybiło mi 39 na liczniku. Lat życia w Niemczech, czyli od teraz  więcej niż ⅔ życia. Dwa lata temu odwiedziliśmy w ten dzień i przy okazji podróży, moją ciotkę i kuzynkę pod Frankfurtem. Teraz poświętowałam ten dzień z Arletą, na kawie i z ciastem, potem jeszcze lody. I powiedziałam jej znowu, jak bardzo się cieszę, że mam ją i jej syna.




17.6.26

4/ 26. 10 000 kroków

to jest prawie normalka na każdym moim dyżurze, czy popołudniowym, czy nocnym. Niezależnie od oddziału, szpital niby mały, ale dystanse są, mamy co prawda serwis posiłkowy czy transportujący pacjentów, ale często trzeba gdzieś samemu pobiec, na przykład do laboratorium po krew, czy obligatoryjnie po pacjenta na oiom. 

Moje pracowe buciki rzadko wytrzymują rok. Wczoraj rano wzięłam je ze sobą do gruntowego czyszczenia i prania w domu (ręcznie), i widzę, podeszwa w jednym pęknięta.  Trzeba mi nowych ciżemek. 

Dzisiaj tak się udało, że Arleta miała czas po pracy, poleciałyśmy najpierw do ShareCafe na kawę i ciacho, znalazłam tam też  kaftanik i lekką kurteczkę dla Fiony w rozmiarze 68, czyli na jesień będzie.  Przy okazji pobawiłam i polulałam małego Aydana, 3 ½ miesiąca ma, przesłodki okrąglutki bobas, to chyba pakistańska rodzina. 

Potem pojechałyśmy dalej do Rossmanna, gdzie nakupiliśmy nieco chemii i kosmetyków, a że w Normie ponoć polski tydzień, to tam też wstąpiłyśmy. Zaraz przy wejściu zobaczyłam te cichobiegi. 

Są z rodzaju chodzić jak na bosaka, od trzech lat uwielbiam te buty, nie mam żadnych problemów ze stopami, i mogę w nich przebiec wiele kilometrów, także po polnych drogach, po asfalcie i żwirze. 


16.6.26

3/ 26. Ekstra dla Luci

Lilia złotogłów sprzed tarasu. W ogródku przed domem też jest kilka łodyżek. To bardzo rzadka roślina,  występuje raczej w Azji i w południowej Europie, jest pod ochroną. A jak trafiła u nas przed dom? Rosła całkiem w pobliżu, mój teść syn ogrodnika,  znał te miejsca, i gdy zaczęto budować autostradę nr 73, po prostu zebrał kilka kapsułek z nasionami i wysiał koło domu. Przyjęły się. Wtedy przy budowie tras nie zwracano aż tak wielkiej uwagi na florę i faunę, dlatego to poletko, około pół kilometra dalej, zniknęło z powierzchni ziemi. 


Teraz takimi sprawami zajmuje się moja synowa, studiowała geografię, geodezję, topografię, ochronę przyrody i temu pokrewne rzeczy. Jej firma znajduje się w München.  

Nazywa się to kwieć tutaj Türkenbundlilie, czyli lilia turecki turban. Podobieństwo jest👳

Dobrze, że się przyjęła, widocznie podpasowala jej ta gleba, lubi wapienną. Roślina jest wieloletnia. 

14.6.26

2/ 26. Najdłuższe dni, najkrótsze noce

Migawka z powrotu z dzisiejszego dyżuru. Jestem na 50 stopniu szerokości geograficznej. Godzina 22:07 

Na tym godzina 22:11, i wyłączyłam światła w aucie. 

Lubię te noce. 


4.6.26

1/ 26. Dzieci...

Wczoraj wieczorem byłam w obozie dla uchodźców,  z Arletą,  chciała mi coś dokładnie pokazać, zainteresowało mnie to bardzo i biorę. 


Na dziedzińcu kontenerowej wioski poza wsią, za torami kolejowymi, w piękny,  prawie letni wieczór, bawiły sie tamtejsze dzieci. Poznałam małą Lucillę, która w zeszłym roku o mało nie umarła. Lucilla na widok Mirki zaczęła kwiczeć z radości i gaworzyć po kurdyjsku. Zleciały się też inne, większe dzieci.  W ich małym światku dumnie prowadzały się z pieskiem. 

Moja wnuczka Fiona będzie dorastać w normalnych warunkach na dolnobawarskiej prowincji. Nie powinno jej niczego brakować, oby tylko wszystkim zdrowie dopisało. Ma dwoje rodziców z pracą, po studiach, przed nią w rodzinie pojawił się też własny pies. 

Ja, jej babcia ze strony jej taty, czyli mojego syna, pozostanę związana z Górną Frankonią,  I mam nadzieję, że będę wystarczająco często mogła babciować tej jeszcze kruszynce, chociaż- jutro skończy 4 tygodnie, i przestanie być noworodkiem. Do dzisiaj sporo urosła, wzdłuż i wszerz 😉

Te niespodziewane urodziny tego dziecka zmieniły diametralnie ustawienia rodzinne i moje podejście do życia. I o tym będzie ten blog. Za kilka tygodni.