26.9.26

50/ 26. Twelve Oaks

wprawdzie to nie jest, ale jest dużo dębów w przyhotelowym parku, 

ani furtka nie wygląda jak ta z Tajemniczego Ogrodu, 

ale hotel jest przytulny, okolica bardzo zielona i zapraszająca do spacerów, takie dobre miejsce do spędzenia weekendu, gdy ma się nieistniejącą rocznicę ślubu. 

Biwakujemy w hotelu Arcaleon w Hagen, Westfalia. Przed wyżynami Sauerlandu, przy Zagłębiu Ruhry. 

Sama dziwię się temu mojemu życiu, i jak wszystko się zmienia, dzieją się rzeczy, z których istnienia wcześniej nigdy nie wyszłabym z założenia, że będą się działy. Jakoś wcześniej było spokojniej, czasami nawet nudno, co mi w sumie nie przeszkadzało, bo ja nigdy się nie nudzę. 

Obejrzałam wczoraj nieco miasto Hagen, konkretnie okolice Placu Berlińskiego, czyli dworca kolejowego. Moje aktualnie rodzime Małe Aleppo przy ulicy Luitpoldstrasse w Bamberg to jest pikuś w porównaniu do Hagen. Odwiedziny u pewnej starszej damy, rocznik 1938, czyli jak mój tato, jej realny sceptyzm i definitywnie niebieskie zapatrywanie na dalsze życie. Była mile zaskoczona moimi śląskimi korzeniami. Sama pochodzi z północnoniemieckiego Kiel. 

Rano przy śniadaniu, nad filarem przy bufecie, odkryłam to motto: 

"Kto chce nowego, musi je całkowicie chcieć". 

Potem poczytałam sobie o osobie Karla Ernsta Osthaus, który pochodzi z Hagen.

No to lecę dalej, tutaj odbywa się ponoć bardzo ciekawy i duży targ w sobotę. 

Ciekawe, czym życie mnie jeszcze zaskoczy. 




24.9.26

49/ 26. Jesień

Takie ogromne pigwy w ogrodzie przy głównej ulicy. 



Ziemowity, tak nazwała je Gackowa, nie znałam tej nazwy, dla mnie to Herbstzeitlose jako roślina a colchicum jako lek ma podagrę.  Bardzo trujący kwiatek. Łąka między drogą krajowa a autostradą numer 70 jest dosyć fioletowa, chyba raczej nie kosza tam trawy na siano, bo bydło instynktownie unika. 


Co poza tym. Dostałam zaproszenie na weekend do Westfalii, oczywiście z Mirką, torby spakowane, jutro z samego rana wyjazd, ponad 400 kilometrów. Trochę się cyka)am, sporo zastanawiałam, i doszłam do wniosku, że nie jadąc, też nic nie zyskam, a tak przynajmniej zobaczę trochę szerokiego świata. No to jadę. Miałam spakować konkretne ciuchy i wygodne buty, to spakowałam. Pogoda ma być świetna. 

Noce są jednak bardzo chłodne, okazało się, że centralne  ogrzewanie jeszcze nie zaskoczony, bo było jednak wyłączone kompletnie na latoę (ciepła woda była z dachu, mamy kolektory); po wizycie u Nicole nade mną i zagadaniu sąsiadki na parterze okazało się, że też trochę wieczorami marzli, Serbowie nawet farelką użyli, więc zadzwoniłam do zarządu budynku, i teraz mamy ciepło i przyjemnie w mieszkaniach. 

22.9.26

48/ 26. Poranne spacery



Bardzo lubię chodzić rano z Mirką na zachodni koniec wsi i popatrzeć na pałac. 

Dzisiaj spotkałam tam moją współwłaścicielkę z jej pieskiem; pomimo, że to tez suczka, czarna i kudłata, Mirka nawet ją lubi, w każdym razie przyglada się z ciekawością, jak Holly biega za piłeczką. Pańcia Holly opowiedziała mi trochę z własnych problemów bogatej dziedziczki, jakie akurat ją dopadają, kończąc zdaniem: a dzieci tylko przychodzą po kawałek ciasta. 

Przy czym nie miała na myśli wypieku. 

Ale po raz kolejny mi powiedziała, jak bardzo się cieszy, że to akurat ja jestem jej wspólniczką. Cieszy mnie to za każdym razem. W rewanżu odpowiedziałam jej, że jestem naprawdę szczęśliwa w tym moim mieszkanku i uważam to wszystko za pozytywny zbieg przypadków w trudnej dla mnie sytuacji życiowej. 

Zaczyna się robić zimno, dzisiaj trawa była miejscami biała, nie szron jeszcze, ale to już chyba niedługo potrwa. Zaczęłam wyjmować moje wełniane chusty, baktusy i inne strzałki. 

Ślubny niemąż szuka kontaktu ze mną, dla mnie ten pociąg już dawno odjechał. A ogólnie, sama, mam o wiele ciekawsze życie 😎 a przede wszystkim, żyję.  



20.9.26

47/ 26. Część okien wymyta

Wczoraj urządziłam sobie gospodarcze przedpołudnie, wyczyściłam okna w sypialni, biurze, łazience i kuchni. Łącznie z czyszczeniem za siatkami na owady. Moja poprzedniczka założyła różne siatki w różny sposób na te okna, a raczej za nie. Z bungalow byłam przyzwyczajona do siatek na ramie, wyciągało się te ramę, odkurzał, czy myło w wannie. Tutaj są przyklejone, albo na rzepy, albo na metalowe guziczki, które są przyklejone do ramy. Rozgryzłam system, nic nie rujnując, bo pierwszej młodości te siatki nie są, ale są, i niech póki co, sobie będą. 

Do umycia mam jeszcze duże okno i drzwi balkonowe w salonie, to zrobię któregoś ranka, bo jest to od zachodniej strony. 

W kuchni przy okazji umyłam górne szafki, bo były obligatoryjnie zakurzone plus tłuszcz na nich się zbierający, a nie lubię tego bardzo. Tę robotę funduję sobie zwykle dwa razy w roku, gotuję prawie codziennie, lecz nie długo i skomplikowanie, piekę rzadko, ale jednak się na tych szafkach zbiera. 

Ogólnie te moje 70 hektarów, jak je nazywam, mam dobrze pod kontrolą, i to nie przemęczając się. Świetne uczucie. Wychodzę z domu i wiem, że zastanę go po powrocie tak samo, jak go pozostawiłam, dojdzie jedynie trochę psich kłaczków na podłodze. 

Wczoraj dałam namówić się na wieczorne wyjście do włoskiej restauracji w Bamberg, w centrum miasta, po kolacji jeszcze lody przy moście łańcuchowym. Znajomy chciał spotkać znajomych, małżeństwo z Burgerbrach, i nie chciał iść sam. 

I co wam powiem, Bamberg wieczorową porą i oświetlony jest też piękny. Sama nie odważyłabym się z oczywistych powodów, wędrować po starówce i bulwarach, poczynając od garażu podziemnego, ale w towarzystwie dwóch postawnych, atletycznych mężczyzn, po prostu napawałam się byciem tam i niczego się nie obawiając, przy takich bodyguardach. Jakby co do czego, z moim miernym wzrostem zmieściłabym się Karstenowi pod pachę,  a on chodzi regularnie na siłownię, tak więc. Postaram się namówić go na wyprawę do kina na Luitpoldstrasse, jest to jedna z głównych ulic miasta i niestety zwana Małym Aleppo. Nie jest tam zbyt bezpiecznie, chadzałam tam do tej pory tylko z samego rana, Barbershop przy Barbershop, przetykane kebabami, Western Union i arabskimi supermarketami, ponuro patrzący brodaci mężczyźni i zachustowane po kostki kobiety, nierzadko w nikabach, każda z wianuszkiem dzieci. I tam właśnie jest Odeon, i tam lecą najnowsze filmy...

Dzisiaj przed południem wybrałam się z Mirką piechotą do kolejnej wsi, Weichendorf. Zdążyłyśmy przed mżawką,  a po drodze posluchalismy nieco niedzielnego jazzu na starym dworcu. A oto kaplica w Weichendorf. 








Stara gospoda.


Przy remizie mają defibrylator, tutaj każda wieś ma ten sprzęt. 



17.9.26

46/ 26. Pomocnik ogrodnika raczej nie włada niemieckim,

ale zrozumiał mnie, i wsadzi do rabatki przed wejściem do domu kilka cebulek żonkile, które mu wręczyłam. Wsadziłabym je sama, ale nie mam koniecznych narzędzi, zostawiłam w Zapfendorf, bo tutaj nie potrzebuje. Na cmentarzu, na grobach rodziców też mi niekonieczne, gdyż na cały sezon zamówiłam innego ogrodnika. Tak więc jestem kompletnie pozbawiona sapek, łopatek, grabków i czegokolwiek. 

Siedzę, czytam albo słucham audiobooków, I dziergam. 

Ciotka i kuzynka przyjechały, było przefajnie, miło i bez spinki. Posiedziałyśmy, pogadałyśmy, strona kulinarna też dopasowała- wczoraj bufet obiadowy u Chińczyka- i Arleta jako gość wczoraj wieczorem. Dostałyśmy obie zaproszenie na rewizytę u nich, no to się kiedyś obie zbierzemy i faktycznie pojedziemy, bo dlaczego nie, skoro obie tak ją polubiły. Abstrahując od faktu, że Arleta to wspaniała babeczka. 

Tak więc kontrola rodzinna się odbyła, wiedzą, że nie żyje w jakimś ciemnym lochu, marznę, płaczę i nic nie mam 😉 mieszkanie bardzo im się spodobało, że ładne, wygodne i dla mnie w sam raz. Opowiedziałam im też o moim tutaj codziennym życiu, jak się zorganizowałam z Mirką,  jak jest, gdy pracuje, bo wolne dni same widziały. Stareńka Mirka skacze lekko na kanapę i zeskakuje z owej z pełną gracją, też temu się dziwiły, że ma taką formę. Opowiedziałam im o moich tutejszych kontaktach, pracy, koleżankach, Susi obok, klubie głuchych w Bamberg, gdzie co miesiąc goszczę, o tutejszych rozrywkach, I że nie jestem samotna w sensie, że tylko może siedzę w mieszkaniu i pobekuję, nie mam na to czasu. Bliskość sklepów bardzo im się też spodobała, jak i trasy spacerowe z Mirką. 

Wieczorami siedziałyśmy oglądając jakiś stary film bądź albumy ze zdjęciami, których mam multum i całej rodziny, ot taka skarbnica u mnie, i nie popuszczam z łap, bo one u mnie najlepiej się zachowają. Opowiedziałam im znalezionym przeze mnie kuzynie w Bielefeld, z którym jestem w kontakcie, i dla którego mam kolejne zadanie bojowe, dowiedzieć się czegoś więcej o siostrze naszych dziadków, bo znam jedynie jej imię i nazwisko, poza tym nic, oprócz nazwiska po mężu- Gross, Martha Gross. 

Zrobiłam kuzynce radochę i zawiozłam ją do Bad Staffelstein, do sklepu z wełną,  bo Irena też dzierga, ma w międzyczasie 6 wnuczków, najstarszy ma 19 lat, a najmłodsza urodziła się 2 tygodnie po mojej Fionce. 

Teraz ogarnęłam nieco te moje hektary, zmywarka już opróżniona, łóżko gościnne ma świeżą pościel, prać będę może potem albo jutro, bo zaraz spodziewam się gościa na kawę. 

Nico za drobną sumę porobił mi przy błotniku i żeby nie trzeszczało przy otwieraniu drzwi pasażera, życzy mi znalezienia sprawcy, bo mówi, z tego można zrobic szkodę na 3 ½ € tysiąca, włącznie z rzeczoznawcą,  i takiemu dziadowi trzeba by było w takim przypadku dokładnie pokazać, jak to działa i trzepnąć porzadnie po kieszeni, bo na takie stłuczki ma się przecież ubezpieczenie. 

13.9.26

45/ 26. Sanspareil, czyli

wycieczka ze ślubnym niemężem do skalnych ogrodów z letnim pałacykiem na modłę bliskowschodnią, i położonego obok zamku Zwernitz. 















Jak zaprosił, to pojechałam, i Mirka też. Dzisiaj był w Niemczech dzień otwartych zabytków. 

Sanspareil, czyli Nieporównalne. 




Rano sfinalizowanym zakup roweru, za śmieszne pieniądze kupiłam w Lichteneiche markowy, porządny rower, śmiga, i jest lekki, do tego ma tak kierownicę, że siedzę prosto, I mam nadzieję na nie bolący po wycieczce prawy łokieć. 

Aktualnie sporo pada u nas, ale wkrótce wybiorę się na kolejną próbną wycieczkę do szpitala i z powrotem. 

No to jeszcze selfik ze smokiem i jakąś królewną.  


Nałykałam się tyle świeżego powietrza, że teraz mówię tylko dobranoc. 



11.9.26

44/ 26. No i ktos wyparkował

swoje auto z mojej prawej strony i pokiereszowal mi mój przedni błotnik po czym zbiegl z miejsca wypadku bez zostawienia wiesci o sobie. Jako, że zdarzyło się to w podziemnym garażu, który nie jest miejscem ruchu publicznego, bo jest to prywatny garaż na ponad 50 aut, policja nie zajmie się sprawą ani ściganiem szkodnika. 
W środę wieczorem wróciłam około 19.45 z mojego klubu głuchych, zaparkowałam auto, wysiadłam jak się należy od strony pasażera 😉 dlatego wiem, że nic tam nie było. 24 godziny później, przed dyżurem, moim oczom ukazał się ten obrazek: 


No i co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Pojechałam do warsztatu Nica, przedstawiłam sprawę, nie ma sensu wciągać w to mojego ubezpieczenia, bo od prawie 40 lat jeżdżę bezwypadkowo i mam najniższe jakie tylko możliwe składki. Nico postara się za małe pieniądze wypchać to wgłębienie, trochę pokosmetykuje, żeby wyglądało bardziej do rzeczy, poza tym, auto ma 11 lat i nowe już nie będzie, ale wkurzające jest to bardzo. 
Garaż jest dostępny tylko kluczem, miejsca są stałe, w tym przypadku mojego sąsiada z prawej zmienia się wynajmujący, poprzedni wyprowadził się 2 tygodnie temu, a nowa ponoć już wynajęła, ale się jeszcze nie wprowadziła. I nikt nie chce być sprawcą. 
Przy okazji nieco dałam posprzątać w tym garażu, teoretycznie wynajmuje się tam miejsce dla AUTA, a ludzie obok, przed i za, stawiają półeczki, opony, rowery, diwan, czemodan i sakwajaż; lewy sąsiad mojego Chorwata z lewej, przed autem ma jeszcze postawiony moplik, przez co tyłem auta, i to więcej niż tylko bagażnikiem, stoi w przejeździe. Administracja garażu jeszcze dzisiaj zajęła się tym wszystkim, co tam nie należy. 
Pierdyknie np taki rower, pokiereszuje lakier, i po co ten problem komu. 

No i tyle. Dyżur nocny był ok, moja ciężko chora pacjentka zmarła pół godziny przed moim przyjściem, ogólnie jest bardzo mało pacjentów, od niedzieli przetasowano i dużo wypisano, ale dochodzą nowi. 

A klubie głuchych dowiedziałam się niesamowitych rzeczy. W klinice w Erlangen (światowa renoma), istnieje oddział psychologiczno-  psychosomatyczny i otwarta psychiatria ekstra dla ludzi z niedosłyszeniem czy głuchych. Stacjonarnie i ambulatoryjnie. Są dwa takie oddziały w całych Niemczech, drugi w Westfalii,  a ten tutaj niedaleko ode mnie. Żeby było ciekawiej, z powodów gospodarczych biorą też pacjentów normalnie słyszących. Czas czekania na miejsce wynosi około tygodnia, czasami dłużej, pobyt 3- 5 tygodni, na siłę nie trzymają.  Żebyśmy z Arletą to wcześniej wiedziały! 

W klubie głuchych zaprzyjaźniam się z pewną Angelą,  która ma 47 lat, jedno ucho niedoslyszące ze starym i właściwie nie do końca sprawnym aparatem słuchowym,  a drugie od urodzenia głuche, i będzie miała je implantowane 5 listopada. W październiku na spotkanie jest zaprosziny laryngolog z kliniki w Erlangen, który wszczepia te implanty, i będzie o tym opowiadał. Teraz gościami byli właśnie psycholodzy z tego innego oddziału. 

Nie powiem, ciekawie się tam dzieje i jestem szczęśliwa, że znalazłam tę grupę. Zawsze mowie, ze tylko siedząc w domu, niczego się nie dowiesz, bo nikt ci nie przyjdzie i naopowiada ciekawostek, trzeba samemu gdzieś ruszyć te cztery litery. Pomijając fakt, że lubię też poprzewracać się na kanapie 😉


9.9.26

43/ 26. Bleee

Nie zakończyłam dzisiaj leczenia kanałowego zęba, dentystka ostrożna, jeszcze raz powstrzykiwala mi tam lek, i następna wizyta 22 września, dopiero wtedy planowany koniec. 

To jest wtorek, w samo południe, trwać to będzie jak i dzisiaj, 1½ godziny, przez co zaczynają się sypać misterne plany wyjazdu do Czech- planowany był poniedziałek, 21 września... no cóż. Jak nie, to trudno, najwyżej wyskoczę po zakończeniu leczenia do Moosburg, do Fionki i jej świty. Uważam to za świetny, zastępczy plan. 

Póki co, szykuję się i cieszę, na wizytę kuzynki i ciotki. 

Będziemy siedzieć, gadać i drutować, ciotka znaczy nie, jej wystarczy udział i jakieś serie w TV i Andreas Gabalier 😉

Wczorajszy bardzo cieply dzień spędziłam piorąc, susząc i siedząc na balkonie. 


Dzisiaj w Normie nabylam te sławetne włoskie ciasteczka. 

Pisałam może kiedyś, jak bardzo byłam ucieszona długim urlopem mojego sąsiada z lewej strony, w garażu podziemnym? Jest bowiem Chorwatem, spakował żonę, dzieci i masę walizek i pojechał na początku sierpnia na 3 tygodnie do ojczyzny, a ja miałam ful wypas w parkowaniu, a jak przyjechali ASF, to dałam im to miejsce, sama parkując w krzakach za domem. Garażowy sąsiad wrócił tydzień temu, ale chyba chory, bo do pracy nie jeździ, a ja wtłaczam się między niego a filar, który ktoś wcześniej miłościwie opatulił dywanem 😅 wysiadam oczywiście od strony pasażera. Ale wjeżdżanie tyłem w taką lukę coś mi podnosi do góry paznokcie u dużych palców u stóp,  nie mam elektronicznego wspomagacza do parkowania w aucie, a zaparkując tyłem, nie miałabym jak wyciągnąć Mirki z boksu, który jest tak skonstruowany, że musi stać po stronie pasażera z tyłu, bo tylko tak się otwiera. Tak więc, ćwiczę nogi za tą kierownicą, trikiem jest wysunięcie na maksa obu siedzeń do tyłu. 

Ja wiem, dlaczego mam małe auto z wąską dupką 😅

7.9.26

42/ 26. Po odwiedzinach Gundi

Cudeńka, mówię wam. Dostałam prezenty. 



Kołderka dla Fiony. Do łóżeczka, do raczkowania. Patchwork Gundi sama szyje. Piękna, prawda?


Takie notesiki do zapisywania dziergadeł i innych projektów. Słodkie. 


Oczywiście samorobne likiery. Do tego oczywiście nieco plonów z ogrodu Gundi, pomidory, ogórki i małe papryki. Ciacha też przywiozła, ja miałam babkę, to pojadłysmy na słodko do kawy, a na potem miałam jeszcze ciasto cebulowe. To było piękne popołudnie i je  powtarzamy,  mam bowiem przyjechać do Gundi za guzikami do sweterków dla Fiony. Sweterek bowiem w to popołudnie nieco przerobiłam, konkretnie rękawki, na trochę dłuższe i szersze. 


Udzierg wysłałam dzisiaj jeszcze przed południem, mam nadzieję na szybkie dojście paczuszki, i recenzje Sol, bo tylko tak mogę skorygować następny udzierg. 

Dzisiaj jak obiecałam, zawiozłam Tobiego na gastroskopię, w sumie dobre wyniki, ale dostał skierowanie na koloskopię w listopadzie, i oczywiście będę brała w tym przedsięwzięciu udział jako woźnica i ogólnie nadzór. Nie powiem, Tobi zachowuje się kompletnie ok w stosunku do mnie. Po powrocie dobre śniadanie, a po południu nawet obiad zorganizował. Tak, że. Myślę, że jego nagła konieczność samodzielności dobrze mu robi, opowiedział mi trochę o swoim rozkładzie dnia (pomińmy miłościwie tapetę exel z dzwonkiem w telefonie na wystawianie takich czy innych kubłów z odpadami...), widać w domu brak kobiety, ale nawet, nawet, jak na niego. Oczywiscie korytarz zastawiony skrzynkami, kartonami, niektóre stały tam już w lipcu. W ogrodku trawa po kolana, ale to akurat ucieszyło Mirkę. Nie wchodzmy w szczegóły, ja mam definitywnie inne standardy. Widocznie terapia wstrząsowa była konieczna, tak jak mi mój święty spokój. 
Będąc w Bad Staffelstein i czekając na Tobiego, znaczy telefon z gabinetu, poszłam do akustyka z moim aparatem słuchowym, bo mi coś fiksować. W zeszłym tygodniu umówiłam wizytę na dzisiaj rano. Myślałam, że mi przeczyści plastykę, zmieni sitka i takie tam, a tu się okazało, że moje odczucia gorszego słyszenia są faktem, głośnik stracił w mocy 5 decybeli, czyli bardzo dużo w kontekście subtelnego słuchu. Dostałam nowy, dopłaciłam 48€ i teraz aparat znowu śmiga. 


W Górnej Frankonii zaczyna się jesień, a dzieci mają jeszcze ten tydzień wakacje. 






Na ostatnim zdjęciu pałac Seehof, ruina Giechburg i kościół Gügel. Widziany z okolic cmentarza przy Bażantarii między Memmelsdorf a Lichteneiche, gdzie dzisiaj spacerowałam z Mirką po powrocie z Zapfendorf.