Dzisiaj późny wpis, Arleta wpadła bowiem wieczorem już po dwudziestej, jeszcze nie była u mnie w tym mieszkaniu. Oceniła lokum ns o niebo lepsze niż małżeństwo.
Tak więc, wczoraj pierwsza noc u siebie, była trochę zielona, bo na kolację wypiłam "baniak" herbaty, czarnej z mlekiem, bawarkę uwielbiam bowiem od dziecka, no i potem w nocy musiałam wstawać.
Mirka nieco nieoswojona, nie wie, o co chodzi. Wieczorem długi spacer, dzisiaj rano wcześnie się zbudziłam, to po siódmej poszłyśmy po bułki i gazetę.
Ścieżek i krzaczorów do chodzenia z nią jest tutaj pod dostatkiem. Ja cenię jeszcze bliskość do małego centrum handlowego, przed południem do Rossmanna obróciłam w 25 minut. Zostawiałam bowiem Mirkę też samą w domu, żeby się wciągała do mojej nieobecności, jak będę pracować. Oczywiście przed i po dyżurze długi spacer.
Przed południem ogarnęłam sobie także biuro, włożyłam ostatnie rzeczy do odpowiednich segregatorów, zamówiłam w bankowej apple większy przelew- zaprzeczając, że jakiś wnuczek do mnie zadzwoniła czy dostałam inna lukratywna propozycje lokaty pieniędzy- i zapłaciłam ostatni rachunek dotyczący zakupu mieszkania, mianowicie podatek gruntowy.
Gotować mi się nie chciało za bardzo, przełożyłam jedzenie na kolację, i to był dobry pomysł, gdyż zjadłam te kolację z Arletą.
Przed jej przyjazdem poszłam Mirką na dłuższy spacer i nieco obejrzec wieś, jest nieźle górzysta.
Widok na pałac biskupi, cztery cebulaste wieżyczki:
I znowu widok na mój balkon. Drugi od góry.







