7.11.26

58/ 26

  *Sobota. Pod znakiem wyjazdu do Eschershausen, na Wszystkich Świętych. Rzeczy spakowane, mieszkanie ogarnięte, w sensie kwiaty podlane, śmieci wyniesione, odkurzone, ogrzewanie stonowanie... nawet pokrywę od kubła na plastki, stojącego na balkonie, przymocowałam tak, aby kolejny wicher mi nie zrzucił. Rano śniadanie w miejscowej piekarni z Mr. Dom, i już w auto, jeszcze tylko skrzynka wspaniałego frankońskiego piwa jako prezent dla Gerdy i HJ. Droga bardzo znośna, autostradą 73 na Coburg, Suhl, zmiana na 71, kierunek Erfurt,  stamtąd drogą krajową numer 4 w kierunku Osterode, czyli góry Harz, jeszcze tylko króciutko, bo tylko odcinek do dwóch zjazdów z autostrady 38,  już jestem na brzegu Harz, i zaraz "moja" droga krajowa 64, przebiegająca przez Eschershausen. Cała jazda to 340 kilometrów i prawie 5 godzin jazdy, bo zrobiłam sobie 3 przerwy, Mirka przecież też na pokładzie, i 10 minut przed celem też wołała ze swojego kontenerka na siku. 


Pogoda przednia, chociaż mgły, ja to nazywam jazdą w zupie mlecznej. Dojechałam na miejsce, rozkminilam szlaban, tresor, system, pokoik ok, kuchnia nade mną, łazienki też, przy czym do damskiej jest dalej i półpiętro niżej, to chodzę do męskiej toalety i używam męskich natrysków. Jestem tutaj sama, znaczy co do gości pokojowych, tych pokoi jest 5, a tylko ja jako gość. Poza tym w tym starym schronisku młodzieżowym jest mały ośrodek pielęgnacyjny, opieka dzienna i pedikiurzystka. Z okna patrzę na cmentarz. 

Dzień wcześniej poinformowałam Gerdę, że przyjeżdżam, oczywiście mam wpaść, dlatego ten prezent piwny z Loffeld... zdążyłam przełożyć tutaj nogi, rozgościć się, i już Gerda dzwoni, że akurat kawę będzie robić, tak więc pojechałam tam. Miło było, pogadaliśmy o wszystkim, uaktualniła mnie co do wydarzeń  w Eschershausen, wiele smutnych rzeczy też przy tym było. HJ, jej mąż, ostatni raz 2 lata temu go widziałam, ma demencję, ale na swoim terenie jest zorientowany i współpracuje. Skończył 84 lata, Gerda jest 6 lat młodsza. Jest to pozamałżeńska córka mojego dziadka Alberta.
Sobota jest tutaj świętem, dzień Reformacji, jutro Niedziela, tutaj nie święto, wszystko z grubsza zamknięte, Gerda każe mi sobie zrobić kanapki na dzisiaj wieczór i jutro rano,bo po ciachu na razie więcej nie mogę jeść 😅
Po wizycie oczywiście jeszcze dwa wieczorne spacerki z Mirką; także po "mojej" ulicy, chciałam sprawdzić jej pamięć, czy zna i pozna dom. Podchodząc do domu, Mirka zacukała się, standla i widać było, jak myśli, ale nie ruszając się, tylko patrzy. W końcu stanęła łapką na podeście.  Mircia, my tu już nie mieszkamy. Bezproblemowo poszłyśmy dalej. Także i mnie nie dopadają sentymenty, jestem szczęśliwa w mojej Górnej Frankonii, i szczęśliwa, że mój dom poszedł w dobre ręce, mieszka w nim młoda rodzina z potencjałem. 


 *Niedziela. Wszystkich Świętych. Wstałam z samego rana i pobiegałam z Mirką, po czym pobiegłam na oba cmentarze. Stroiki, znicze. Na późne śniadanie w miejscowej piekarni zameldował się Bernd, mój dawny kolega z pracy i dobry przyjaciel. A potem znowu na cmentarze, po kolei. Najpierw ten, gdzie pochowani są moi rodzice, potem przez drogę do dziadka. Wszystko trwało nieco ponad godzinę, znaczy krótkie nabożeństwo i poświęcenie grobów. Po uroczystości wyprawa ze starą znajomą,  Gabi, na kawę i ciasto do stylowej kawiarni, jest to stary, wyremontowany i antycznie urządzony stary wiejski dom. 





W międzyczasie bieganie z Mirką. Wieczorem wyprawa do Turka na kebab. Miałam wpaść do mojej sąsiadki Marity, ale nastąpiła zmiana planu, gdyż Maricie urodziła się prawnuczka, i pojechała w odwiedziny do szpitala, przywitać dzidzię. Odwiedzę ją więc jutro. 



Dzień był długi, oczy mi się kleją, jeszcze mały spacerek z Mirką, pod prysznic i idę lulać. Prysznice, toaletę i kuchnie nam piętro wyżej,  to nie jest czterogwiazdkowy Arcadeon z września, ale w każdym razie ciekawa miejscówka. Póki co, nadal jestem sama na włościach, więc dalej używam męskiego traktu sanitarnego, bo bliżej. 

  *Poniedziałek. Pobudka o zwykłej, także domowej porze, wycieczka z Mirką pod las. Drzewo orzechowe, posadzone przez mojego tatę, ma się świetnie. 




Po spacerze śniadanie z Gabi w piekarni. Miła rozmowa. Po śniadaniu poszłam przejrzeć towar w miejscowy second hand, i kupiłam dzbanuszek z nakładką do rozdzielania żółtka od białka.  Często robię Königsberger Klopse, to chętnie wypróbuję ten staroświecki gadżet. Potem poleciałam dotankować auto, i wycieczka do Holzminden. Nieco deprymujące, jak niekorzystnie się tam zmieniło... zamknięty szpital, pustostany. Obkupiłam Mirkę, karmę, przysmaki, i kalendarz bożonarodzeniowy dla psów. Zważyłam tego mojego stwora, i postanowiłam nie żałować jej dobroci, o ile zdrowe. Mirka w uprzęży waży... 8,8 kg. 10 lat temu ważyła 14...  zmniejsza mi się psica. Poza tym zdrowa, sprawna, biega i skacze, tyle, że głucha jak pień w wieku około 16 lat. 



Po południu odwiedziny u mojej dawnej sąsiadki Marity i jej rottweilerki Sunny w jej kempingu. Sunny ucieszyla się bardzo na widok Mirki, Mirka sceptycznie podeszła do sprawy, ale wyżarła wszystkie walające się tam psie smakołyki; Sunny nie ma z tym problemu. Sąsiadka postarzała mi się nieco, ma nieco kłopotu z synem, ale szczęśliwa z narodziny prawnuczki wczoraj. Skarpety jako prezent chętnie przyjęte 🙂
Spotkałam też mojego dawnego hydraulika, to było smutne spotkanie. Jego 42- letnia córka zmarła niedawno na straszny rodzaj nowotworu, osierociła 10- letnie dziecko. 
Dzień był długi, z tego założenia wyszłam, więc na wieczór zaplanowałam własne jedzenie, sklepy w końcu były otwarte, na kolację był ryż z piersią kurczaka, w końcu ta kuchnia tutaj po coś jest. Rano też zrobiłam część zakupu obiecanego Mr. Dom: 


Jarmuż. Specjalne do tego kiełbaski o nazwie Bregenwurst czy po prostu Pinkel, też zamówiłam u rzeźnika, odbiorę przy wyjeździe z Eschershausen. 
Wieczorem schronisko czyli pozostałe 4 pokoje zapełniły się.  Podjechał transporter na polskich rejestracjach, ale przyjechali nim młodzi Ukraińcy,  budowlańcy,    tak więc przeniosłam się do babskiego traktu sanitarnego. 

 *Wtorek. Pod znakiem powrotu do domu. Rano szybko spakowałam rzeczy do auta, zrobiłam sobie kawę do termokubka, i poszłam z Mirką przez cmentarz pod las. 


Po spacerze wyjazd do miasteczka. 


Śniadanie w ulubionej piekarni, potem wstąpiłam do kwiaciarni, którą od lat prowadzi Sina. Porozmawiałyśmy niezbyt długo, ale dosyć intensywnie. Kupiłam ostatnią książkę o Eschershausen, tym razem lata 70te, są w niej już kolorowe fotografie. Odebrałam od rzeźnika kiełbaski do jarmużu, i po wpół do jedenastej ruszyłam w drogę do domu. Przerwę zrobiłam sobie jedynie pod Erfurtem, nakarmiłam tam też Mirkę, bo rano nie jadła. Myślałam, że znam drogę na pamięć, jednakże gdzieś około Nordhausen i autostrady 38 coś mi się potegotało i stwierdziłam, że tutaj to jeszcze nigdy w życiu nie byłam, więc pytanie do telefonu, którędy do domu. Straciłam może 10 minut, ale potem już się jechało. Przez góry, lasy, doliny, tunele, z czego Rennsteig ze swoimi 7878 metrami zawsze jest mi nieco przydługi, ale to najkrótsza droga. Krótko po godzinie 14 przejechałam granice Wolnego Państwa Związkowego Bawarii, za 20 minut na horyzoncie była już Veste Coburg. 


Krótko przed 15 zjechałam z autostrady, Mirka 10 minut przed domem znowu zaczęła dochodzić się o sikanko,  więc zjazd pod ogrody i cmentarz bażanteria. 
W międzyczasie klamoty rozpakowane i ułożone, ubrania wyprane i się suszą, na szybki obiad była pizza z zamrażarki i świeża sałatka. Podzieliłam na obiadowe porcje i zamroziłam kiełbaski. Ogarnęłam nieco podłogi,  wyniosłam makulaturę i plastikowe odpady do odbioru pojutrze, ale sąsiedzi wystawiają dzień wcześniej, to ja dostawiam mój worek. 
Wczoraj kupiłam normalny stacjonarny telefon, podłączyłam i mam, bo numer miałam od lipca, ale nie miałam aparatu. Wieczorem zaimpregnowałem sobie jeszcze nowe, skórzane kozaczki z krótką cholewką, wietrzą się teraz na balkonie. 

 *Środa. Wyspałam się nieco, podskoczyłam do mojej lekarki w Zapfendorf, zabukowali mi tam na kartę moje leki, odbiorę na dniach. W grudniu zrobią mi badanie krwi dla kardiologa. Późne śniadanie z Mr. Dom, który ma aktualnie zaległy urlop, dwa dni, i decyzja, jedzie do Hagen i okolice na przedłużony weekend, i mam zaproszenie zabrania się z nim na tę pewnością ciekawą wycieczkę. Tak więc po południu pranie, składanie, ogarnięcie zmywarki, nie mogę zapomnieć podlać moich roślin... notabene kupiłam sobie w Eschershausen prawdziwego aloesa. Długo szukałam za tą rośliną. 
Wieczorem torby spakowane, jedna większa moja, druga mała Mirki, o 4 pobudka, przed 5 wyjeżdżamy. 



 *Czwartek. Pobudka krótko po 4 rano, przed 5 był już Mr. Dom, załadował mnie, bagaże i Mirkę, i wyjazd do Westfalii. Krótkie postoje, kawa, śniadanie, zakupy w sklepie zoologicznym- i w południe do Soest na odpust. Na moje życzenie przejażdżka diabelskim młynem. Uwielbiam te jazdy i widok z góry na miasto. 





Podczas rannej jazdy oczywiście cały czas komunikaty o śmierci bawarskiego ministra Huberta Aiwanger, w berlińskim hotelu. 
Ostatnie kilometry naszej podróży do Hagen zakłócone były ogromnymi korkami na autostradach, raptem 30 km i  ponad godzina jazdy. Po drodze wzięliśmy jedzenie na wynos, bo wstąpiliśmy oczywiście do macochy Mr. Dom; Gerda już na nas czekała, niesamowicie miła, inteligentna, zainteresowana dziejami świata 88- letnia dama, mieszkająca przy dworcu w Hagen. Zjedliśmy, porozmawialiśmy o najnowszych wydarzeniach w Niemczech i reszcie świata, o kandydaturze Louise Neubauer na prezydentkę- będziemy w razie takiego przypadku obie emigrować gdziekolwiek 😵‍💫 
Po kolacji wreszcie dotarliśmy do hotelu, zmęczeni, w końcu od 15 godzin byliśmy w drodze i na nogach. Mr. Dom wykonał check in, ja już raz wyprożnilam Mirkę, potem jeszcze mały spacerek dookoła hotelu, i na dzisiaj starczy atrakcji. 






Nie obyło się bez wieczornej cafe latte. A bośniacki podrzutek morduje się w tych luksusach. 

*Piątek. Przed opulentnym śniadaniem w 
Arceleonie oczywiście obligatoryjny spacerek  z Mirką w przyhotelowym parku ze stawkiem i z kaczkami. 



Po śniadaniu Nr. Dom pojechał do swojego osobistego chirurga- ortopedy, zadzwonił stamtąd, że proponują mu infiltację, i czy ja jestem za czy przeciw. Jestem za, od tej pory cisza, zaginął? Tak więc siedzę w hotelu, dziergam kolejny kocyk dla Fionki, przeglądam telewizornię z dodatkami, a do najbliższego automatu z kawą mam 50 kroków, tak, że 😉 bywało gorzej. Mirka drzemie. 


Popołudnie w miłej kafejce w Herdecke, potem do Dortmundu. Spacery z Mirką dookoła jeziora. Wieczór u Gerdy, kolacja też u niej, wieczór w hotelowym lobby przy drinku. Zaczynamy weekend.