23.8.26

25/ 26. Czasu na nudę nie miałam

Weekend minął pod znakiem czytania, bardziej gazetki i inne pisma- uwielbiam te z apteki, a byłam też w aptece tutaj w Memmelsdorf. Przy okazji stwierdziłam, że w budynku oprócz dużego gabinetu trzech lekarzy pierwszego kontaktu, których na pewno skontaktuje, bo rzut beretem ode mnie- jest jeszcze oprócz banku, także izba porodowa, z dyżurującymi położnymi 🙃 
Nie mam pojęcia, jak często jest używana, do kliniki w Bamberg jest tylko kilka kilometrów, ale dojazd w sumie głupi, bo trzeba się tłuc miejskimi obwodnicami; Klinikum Bamberg z jakichś powodów nie ma bezpośredniego dojazdu czy wręcz zjazdu z autostrady, ta jest za daleko. 


12 kilometrów, 19 minut autem, ok, karetka przelecieliśmy przez wszystkie sygnalizacje świetlne szybciej. 

Moje małe centrum handlowe, do którego mam piechotą kilka minut, jeśli idę bez Mirki, okazuje się być w soboty rano punktem, gdzie można spotkać wielu ludzi. Dzisiaj w przeciągu kilku minut natknęłam się na sąsiadkę i dwie koleżanki z pracy. Jedna siedziała z mężem w aucie i oboje wcinali bułki z Leberkäse.  Sprzedaje je miejscowy masarz w każdą sobotę rano, i masa ludzi przyjeżdża na zakupy do jego sklepiku i takze po te Leberkäsbrödla. Muszę i ja wypróbować, ale to dopiero za 3 tygodnie, gdyż w Bawarii wakacje dopiero na półmetku, i masarza od poniedziałku ma urlop. 
Ogólnie podczas jakichkolwiek ferii zamiera sporo życia publicznego w tym kraju związkowym.  

W sobotę doszedł odtwarzacz DVD,  podłączyłam, śmiga, więc jakby mi się nudziło, kino jest. 
Po podłączeniu sprzętu wybrałam się w kierunku Oberhaid, do Gundi i Ambrosa. Była kawa, ciacho- zabrałam ze sobą drożdżowe że śliwkami, na szybko upieczone w nocy z piątku na sobotę- Gundi serwowała gruszkowe z kremem, pycha, poza tym razem podziergałyśmy, obejrzeliśmy zdjęcia z ostatniego ich pobytu w USA- Gundi i Ambros mają mały domek w Montanie- Ambros umilił nam wieczór grą na fletach, zjedliśmy też razem kolację, i oczywiście był temat mojego odejścia od Tobiego. Gundi stwierdziła, że zna Tobiego na wylot, mieszkał u niej kilka miesięcy podczas studio, jak się poprztykał z rodzicami, i wyrazila zdumienie, że ja tyle dałam rady wytrzymać jego humorów i nie oszalałam z tego wszystkiego. Widocznie byłam mu za silną i samodzielną kobietą,  stwierdziła. Na koniec obdarowała mnie wełną mojego wyboru, słoiczkami z cudami na kiju jak na przykład żelem z magnolii, bzu, marmelada, nalewkami i likierami w małych buteleczkach, wszystko własnej roboty. Tak więc będziemy nadal się kolegować, niezależnie od Tobiego, Gundi jest ciekawa mojego mieszkania i wpadnie wkrótce z wizytą. Mieszkamy od siebie mniej więcej kwadrans drogi autostradą.  



Niedziela z gatunku leniwych. Zbudziłam się rano krotko po wpół do ósmej, Mirka jeszcze wzdychała w swoim wyrku, to ukradkiem zaczęłam czytać książkę, tak, żeby ona nie zobaczyła. Po pół godzinie stwór się zorientował, ucieszył, zerwał i szczeknął, więc wstawanie, żarełko dla Mirki, zebrałyśmy się na dłuższy spacer do Drosendorf. 




W Drosendorf przy przystanku autobusowym odkryłam maciupką szafę na książki, 


z której się obsłużyłam. Przy okazji wiem, gdzie zanieść Moje książki, które chce podać dalej. Dzisiaj zwiedzę resztę własnej wsi, jakoś nie mogę sobie wyobrazić, żeby nie było tutaj takiej szafy. Thea wynosi swoje przeczytane Reader's Digest do apteki. 


Po spacerze moje własne śniadanie, opulentne, nawet z jajkami na miękko, bo ostatnio nabyłam jajowar. Konsumpcja przy dźwiękach fletu Ambrosa, bo CD od niego samego też dostałam 😀



Po śniadaniu czas na lekturę promocji od jutra, właściwie wszystko mam, włącznie z jedzeniem, ale przejrzeć mus. 
Dziergam sweterek dla Fiony, od Gundi dostałam przędzę, to wymysli się coś do wózka na zimę. 
I książki, książki, książki... będę więcej czytać. 

Po południu wyprawa do pałacowego parku. Ode mnie piechotą jest to nieco ponad pół godziny. 












W sezonie letnim co godzinę włączają kaskadę. Wodne zabawy pierwszy raz odbyły się w roku 1771, po 180 latach użytkowania i odstawienia na bok wyremontowano je w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, i są one faktycznie magnetem turystycznym. Sam pałac, wybudowany w końcu 18 wieku był biskupi, w swoim czasie letnia rezydencja przed torami miasta, ocieka barokiem, w środku jeszcze nie byłam, bo na tę wyprawę muszę iść beż Mirki. Wnętrze rokokowe, jak i ogrody, ponad 20 hektarów. Dzisiaj w pałacu mieści się zarząd pałaców i zamków w Bawarii. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz