*Sobota. Po wyspaniu się po piątkowym dyżurze, rano obligatoryjny spacer z Mirką, po gazetę- uwielbiam bowiem takie śniadania, kawa i gazeta... małe zakupy, wyszedł mi jogurt, chleb i zielona sałata. Przy okazji wstąpiłam do Rossmanna po nieco produktów pielęgnacyjnych, i nabyłam też znicze; to już za tydzień. Na godzinę 11 zaproszenie na śniadanie u Mr. Dom, oczywiscie nie zapomniałam zabrać ze sobą gazety do kawy. W nocy szalał szturm, następny w drodze, jednakże w południe piękna, słoneczna pogoda. Późnym popołudniem, czy też wczesnym wieczorem kolacja w Bamberg, tym razem w Piaskach, czyli części Starówki, oryginalnie: Sandstrasse. Po drodze mijaliśmy masę turystów tzw. piwnych, w Małej Wenecji statki wypluwały nastepnych.
Dzieciaki przysłały masę zdjęć ich dzieciątka, moja wnusia definitywnie będzie rudawa, jestem zachwycona tym faktem, pierwsza taka w rodzinie 😎
*Poniedziałek. Przed dyżurem dokształcanie zawodowe, mamy kilka takich obowiązkowych, powtarzają się co roku, a to jest o bezpieczeństwie pracy i ochronie przeciwpożarowej. Po dokształceniu poszłam na oddział, aby zacząć ponad 2 godziny później pracować. Myślałam, że uda mi się wymiksować i roboc jedynie za pomagiera, a tu dupa blada, oczywiście dostałam swój odcinek z nieznanymi mi pacjentami, i do tego kijowy raport w sensie głuchego telefonu, nie znam, nie byłam, nie wiem, a Sarah, która pracowała tam rano, też ponoć przekazała, że ona w sumie też nie zna pacjentów... nóż! No to sobie poszłam zobaczyć tych moich podopiecznych, kilku znałam z mojej samotnie pracującej nocy, resztę poczytałam w aktach, wygrzebałam treści o których mi nie powiedziano, potem poleciało. Ale jakby nie patrzył, 2 godziny poślizgu. Do tego dziunie przykazały wszystkim nam poczytać w intranecie nowe zarządzenia co do kryzysów, wojen i temu podobnych wypadków. Ja do 20.30 zdążyłam się i pacjentów ogarnąć, i zasiadłam do tego intranetu... do jasnej Anielki, toż to dziesiątki stron do przeczytania, i konkretnego czytania, to nie babska gazetka, że obskoczysz oczami tylko. Po przeczytaniu trzeba złożyć podpis, że się właśnie przeczytało, i teraz tak co roku.
Pogoda uspokoiła się, po tym szalonym weekendzie.
*Wtorek. Zaczął się od zaproszenia Arlety na późne śniadanie bądź wczesniejszy obiad, ci jej tam w duszy zagra. Wyszły spaghetti z samorobnym sosem i mnóstwem bazylii, parmezan, kawy do syta, na wino było definitywnie za wcześnie, o 11 przed południem. Pogadałyśmy sobie konkretnie i też o głupotach, i o tym, co akurat nas absorbuje, a co jej syn określa żartobliwie jednym zdaniem: wy obie swoim jadem to całą wioskę Smerfów wytrułybyście... no nie, aż tak źle nie ma, ale lubimy poplotkować. Potem Arleta pojechała na tłumaczenia, a ja na zakupy i sport w szpitalu. Pogoda jest taka, że mam teraz zwykle Mirkę na pokładzie, może poczekać trochę w aucie, bo nie ma upałów, gdy jestem na sporcie.
Po drodze tam i nazad wpadłam do Nico, 17 listopada idę z autem na przegląd techniczny i po plakietkę TÜV.
Po południu wpadł na moment Mr. Dom, oczywiście nie z pustymi rękami, więc przekąska do kawy, miła rozmowa. Ogarnęłam nieco moje hektary, zrobiłam pranie, powoli szykuję się do wyjazdu do Eschershausen, bo znając nieco moją tam miejscówkę do spania, wolę zabrać ze sobą najcieplejszą piżamę 😁
*Środa. Zaczęła się spacerem przy lekkim deszczu, potem się wypogodziło, i nawet zaczęło intensywnie świecić słońce. Przedpołudnie minęło mi na małych zakupach- kawa Dallmayr, suszeniu prania i odesłaniu paczki ze spodniami, które mi się nie spodobały. Poczta nie przyjęła zwrotu, paczki Hermesa przyjmuje stacja benzynowa na drugim końcu wsi 😅
W południe ugotowałam ognisty gulasz, przedobrzyłam bowiem z przyprawami, do niego kluski, i zaprosiłam Mr. Dom na obiad. W międzyczasie zadzwoniły znowu moje dziunie, faktycznie w szpitalu katastrofa personalna, mnóstwo personelu zachoroealo, infekcje i covid, i w ten sposób wygrałam drugi nocny dyżur, czyli w czwartek wieczorem. Bo ten środowy był przeze mnie zaplanowany. Zgodziłam się na te drugi, dodatkowy nocny dyżur, parę nadgodzin zawsze się przyda, jak będę chciała szybciej wyjść z pracy na przykład. Trochę będzie w piątek stresująco, bo w samo południe mam wizytę u laryngologa w Bamberg, chce też dać dorobić drugi kluczyk do skrzynki pocztowej, i wstąpić do urzędu finansowego względem zmiany klasy podatkowej od 1 stycznia; po rozstaniu się małżonków do końca roku przysługują korzystniejsze klasy podatkowe, od nowego roku będziemy singlami, pomimo faktu bycia jeszcze oficjalnie małżeństwem.
Dyżur nocny nieco zadziwiający, w połowie popołudniowej szychty zachorowała Lilly i poszła do domu, no i się narobiło. Jednakże rozłożyli nam leki, i robimy tylko obchody, kontrolujemy, dokumentujemy.
Rano zadziwiły mnie ceny paliwa- wojny się kończą, czy politykierna chce nam poprawić humor?
*Czwartek. Po dyżurze ranny wybieg z Mirką, do sąsiedniej wsi. Spanie. Mr. Dom ma dzisiaj jakieś bardzo ważne zebranie, nie podjedzie z ciachem na kawę. Ogarniam hektary, pranie suche, wyprasowane w szafie. Będę powoli pakować się na mój długi weekend w starej ojczyźnie. Cieszę się na ten wyjazd.
Dostałam w końcu rachunek taki mniej więcej za media, w tym woda i ogrzewanie, ogrodnik i temu podobne; jako, że mieszkam bez płacenia od lipca, mam teraz trochę dopłaty, a wyrównanie czy rozliczenie będzie na wiosnę. Aktualnie będę płacić miesięcznie 300 euro.
Wypełniłam też formularz do urzędu finansowego względem nowych klas podatkowych po rozleceniu się małżeństwa. Powiadomiłam o tym Tobiego, żeby nie był zaskoczony, bo urząd zgłosi się i do niego. Był nieco zaskoczony, gdy wspomniałam i o notariuszu, względem naszej umowy majątkowej/ każdy zostaje przy swoim, jedno nie chce nic od drugiego; spytałam go, czy na serio myślał, że my jeszcze się zejdziemy, a ja wrócę do Zapfendorf. Nie wiem, czy tak bardzo go moje plany wq*, w każdym razie w środku nocy wysłał mi maila z żądaniem finansowym, mam dopłacić 10/ 12 części dopłaty za wodę, 48 euro. Żeby go nie zrujnowac, jeszcze w nocy i z buta przelałam sumę 🤑
*Piątek. Wizyta u lekarza po nocnym dyżurze i bez spania to taka sobie historia, ale wszystko fajnie poszło, włącznie ze znalezieniem miejsca parjlkingowego w piątek w południe w Bamberg pod Maxplatz. Od laryngologa dostałam receptę na nowe czujniki dymu i połączony z nimi budzik; stare osprzętowanie zostawiłam w Zapfendorf, bo pomimo funkcjonowania właśnie stare, a co dziesięć lat należy mi się nowy sprzęt. Dorobilam też kluczyk do skrzynki pocztowej. Zaprosiłam na obiad Mr. Dom. Potem pakowanie na jutro, mnie i Mirki. Obdzwoniłam i do mnie dzwoniono, względem harmonogramu spotkań. Dobrze, że to 3 noclegi i prawie 4 dni, mam na wszystko czas. Podróż powinna być znośna, przed nią jeszcze siadanie w miejscowej piekarni z Mr. Dom, żebym na głodno nie wyjeżdżała. W Dolnej Saksonii sobota jest dniem świątecznym, niedziela za to nie. Także na to muszę się nastawić.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz