17.10.26

55/ 26.

*Sobota. Pod znakiem powrotu z nocnego dyżuru, a ten odbył się po odbiorze Arlety z dworca i jednak niespania w dzień po czterogodzinnej nocy. Dyżur był spokojny, nawet za spokojny. Aktualna geriatria bardzo sprawna fizycznie, oby tak dłużej, znaczy do końca miesiąca co najmniej, bo tak długo tam jestem. Po dyżurze (moim) i szychcie (Mr. Dom) mieliśmy najpierw iść gdzieś na śniadanie, a potem zwiedzić sztolnie i katakomby pod górą św. Stefana w Bamberg. Śniadanie w Fuchsbau, bardzo miła piekarnia, zaserwowane jedzenie smaczne, jednakże z powodu nocnego pracowania rozmowa nam się nie kleiła, za to oczy bardzo, więc postanowiwszy nie robić głupot, zdecydowaliśmy się na co najmniej dwie godziny snu przed tymi katakombami. W południe znowu do Bambergu, pomysł wjechania na starówkę SUVem jest lekko odważny,  ale faktycznie wyrobiliśmy się na wszystkich zakrętach i nawet chwyciliśmy miejsce parkingowe- bezpłatne. Cuda, panie, cuda. Sztolni i katakomby w Bambergu są pod sześcioma wzgórzami, te pod Św. Stefanem są odnowione i można je zwiedzać. Wydrążone jako kamieniołomy, służyły potem jako piwnice  pod domami, sladowano w nich przede wszystkim piwo. Podczas wojny jako bunkry, ale i jako zakłady produkcyjne. Dzisiaj dojścia z domów prywatnych są zamknięte, jedna knajpa ma jeszcze wejście, gdzie składuje beczki, a za zakrętem jest nawet mała kaplica. 



*Niedziela. Zaproszenie do siedzenia na kanapie, czytania, dziergania, zabawy z Mirką i obserwowania rybek w akwarium, czyli odwiedziny u Mr. Dom.  Siedzialam więc i patrzyłam. Powiedzmy tak; ja mam w chałupie ład i porządek, nic sie nigdzie nie wala, kuchnia zawsze posprzątana, łazienka też, kurzu w pokojach nie ma, oczywiscie na podłodze trafia się Mirkowa sierść, pomimo regularnego odkurzania. Ale serio, u Mr. Dom jest jakos czyściej, bardziej posprzątane, nie ma też durnostojek, tylko trochę dekoracji. No nic, w południe pojechaliśmy do Erlangen, wysikać Mirkę w Ogrodzie Botanicznym. Ogród jest spory, dużo egzotycznych roślin, szklarnie, dżungle.  I tak mi się powiedziało, że jak mi wszystko w tej Górnej Frankonii i w mojej wiosce pasuje, że czuję się jak przysłowiowa świnia w błocie, jednakże brakuje mi tu jednej rośliny, definitywnie i bardzo. Jarmużu z wędzoną kiełbaską, do tego kawałek Kasseler i ziemniaki.  Geograficzna granica tej potrawy musi przebiegać gdzieś w okolicy Göttingen, bo od tego miejsca na mapie na południe jest nieznana, niejedzona. Już dawno nikt nie spojrzał na mnie tak maślano- zachwyconym spojrzeniem: TO TY TEŻ UWIELBIASZ JARMUŻ? Ano, w końcu dziesięciolecia życia w Dolnej Saksonii swoje robią, a jarmuż jest najlepszym jedzeniem w zimie. Mr. Dom pochodzi z Westfalii, więc zna, wie i je. Niedługo jestem w Eschershausen, trzeba będzie mi kupić nieco tego towaru do konsumpcji podczas górnofrankonskiej zimy. Po powrocie do Lichteneiche Mr. Dom znowu kazał mi zająć miejsce siedzące na kanapie, po czym ugotował i  podał obiad. 




*Poniedziałek. Ledwo rano przełożyłam nogi przez próg, zadzwoniły moje dziunie z geriatrii, że poszukują kogoś na dyżur popołudniowy, bo ktoś tam gdzieś tam i zachorowały... obliczyłam sobie szybko, że po moim wolnym na życzenie weekendem tydzień temu, mam na koncie minus pół godziny, więc pracując siedem, krótki dyżur, zrobię sobie netto sześć i pół godziny nadgodzin, które chętnie sobie wykorzystam, gdy będę miała okazję szybciej wyjść z pracy. Tak więc poszłam, popracowałam, tragedii nie było, a było nas 3 pielęgniarki plus prawie gotowa z nauką uczennicą, do tego popołudniowy serwis... geriatryczny pacjenci częściowo naprawdę starzy, ale niesamowicie na nogach, nawet najnowszy pacjent z endoprotezą biodra po jednej stronie i protezą podudzia po drugiej stronie, wstał i chodził o balkoniku. Patrzyłam i nie wierzyłam... Na nocny dyżur przyszła Christina i przyniosła mi worek waty do wypychania poduszek i dzierganych z wełny misiów, bo mam w planie coś takiego wykombinować Fionce. 


*Wtorek. Wyspanie się po dyżurze i wieczornym, obligatoryjnym bieganiu z Mirką. Po południu sportowo, znaczy gimnastyka w szpitalu dla personelu. Tym razem lwia część na piłkach, i chyba znowu sobie taką zamówię do domu. Miałam już dwie po kolei, ale jakiś po kolei powydawałam,  jeszcze w Eschershausen, jedna poszla do Emilki, druga do Ewci. Po powrocie do domu, zakupach i co tam jeszcze, acha, pranie też zrobiłam, rozwiesiłam, część na balkonie,  duże części na strych- zaczęłyśmy telefonować z Arletą, ale doszłam do wniosku, że nie ma co gadać w ten telefon, zaproponowałam jej, że zaraz wsiądę w auto I podjadę do niej, co też zrobiłam.  W planach była Lalka na netflixie, ale z powodu gadania o wszystkim nic nie załapałyśmy, czyli odłożone do "inną razą". O wpół do pierwszej w nocy byłam z powrotem, wszystkie auta stały już grzecznie w podziemnym garażu, tylko oczywiście jeden parking pusty jeszcze, bo pani A. jeszcze gdzieś po nocach się szlaja 😇 z 🐕


*Środa. Jako, że późno poszłyśmy z Mirką spać, to wyspałyśmy się do 9 rano. Mirka głucha i nie zawsze załapuje moje podróże do toalety, ona po prostu śpi i chrapie. Rano poskładałam pranie, wyprasowałam co nieco, przejrzałam, zacerowalam dziurkę w koszulce, bo przy praniowych akcjach dokładnie przeglądam garderobę i w razie konieczności od razu działam. Na obiad kalafior i schabowy. Warzywo trafiło mi się prześwieże i białe jak śnieg, mniam. Wieczorem wyprawa do mojego klubu ogłuchniętych, tym razem referat profesora doktora Hornunga, implantującego w klinice w Erlangen. Za 3 tygodnie będzie operował moją nową znajomą. Angela jest ode mnie młodsza o 10 lat, urodziła się z jednym uchem normalnie słyszącym a drugim gluchym; w międzyczasie to słyszące od wielu lat wspomagane jest aparatem słuchowym, który Angela koniecznie potrzebuje nowy, no ale najpierw ta operacja i implant ślimakowy.  Żeby było tragiczniej, Angela pracuje w zbiorowym biurze i nawet czasami musi telefonować. Więcej horroru nie będzie. 


*Czwartek. Rano przyleciała paczka od Gackowej, dzień więc osłodzony landrynkami we wszystkich kolorach. Plus książki,  gazetki, wełna, galaretki... szybkie rozpakowanie, posortowanie, uciecha, odsikać Mirkę i na dyżur. Tam z kolei personalnie nieco nadplanowo, bo mało pacjentów i zwykle są sprawni; troszkę się wynudziłam, ale cicho sza, wkrotce ide na interne, a tam jest zwykle baaaardzo inaczej. Zabierałam ze sobą praktykantkę na moje obchody. Po powrocie do domu i zerknięciu do skrzynki pocztowej powtórka z radości, przyleciały tomiki wierszy FrauBe 😎 oj będzie czytania w jesiennozimowej porze roku, dziękuję ślicznie!


*Piątek. Odrabiam moją listę, rzeczy i sprawy do załatwienia, typu jakie wyniki z badania krwi mam wziąć ze sobą do kardiologa, uzgodnienie wizyty na szczepienie Mirki, jej opodatkowanie- póki co, leci do końca roku na tym z Zapfendorf. Gotuję zupę jarzynową,  z krupami, idealna na chłody, które jednak nadeszły, do tego wszechobecna mgła, kazdego rana. Kończę sweterek dla Fiony. W mieszkaniu wszystko w sumie gotowe, w sensie prania, sprzątania, jedynie małe zakupy do odbębnienia, artykuły typu mleko, masło,  jajka, kilka plastrów szynki. I już weekend, plany na spędzenie czasu, nie będzie tego czasu długo, bo w niedzielę idę na popołudniowy dyżur. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz