24.10.26

56/ 26.

 *Sobota. Pod znakiem wyprawy do małego Zoo w Hundshaupten. Jazda przez piękne okolice Frankońskiej Szwajcarii, z górkami, dolinkami, skałkami. Kawa i ciasto w Egloffstein, zamówiłam sobie beza, już dawno takiego wyśmienitego nie jadłam. 


A w Zoo oprócz zwierzątek ekstra dla Gackowej...


... po kilku latach zobaczyłam znowu salamandry. 


Tak o sobie spacerowały po ścieżkach. 
Na kolację była dynia makaronowa, którą nabyłam wieczór wcześnie na parkingu w Drosendorf, podczas spaceru z Mirką. Gotować znowu nie musiałam, zajmując moje obligatoryjne miejsce siedzące na kanapie w saloniku Mr. Dom, z Mirką na kocu pod stolikiem. Aktualnie czytam "Unter Dojczen" autorstwa Mii Raben, i nadal grubaśnego Filipiuka.

 *Niedziela. Ta pracująca. W przebieralni dowiedziałam się, że jestem w ten dzień na internie, bo Maria zachorowała. Fajne w tym wszystkim bylo, ze o fakcie zawiadomila mnie Liane, ktora tez po poludniu dyzurowala na internie, i miałyśmy nasze obszary niedaleko siebie. Dyżur był nienudny, że tak to określę,  ale dobrze do ogarnięcia, pozostawiliśmy oddział w idealnym porządku, a ja, jako że pracuję długie dyżury do dziesiątej wieczorem, nawet jeszcze dopracowałam parę rzeczy dla nocnej zmiany, z czego wystawienie kroplówek i antybiotyków dożylnych na drugi dzień było całkiem absorbujacym zajęciem, gdyż jest tego aktualnie mnóstwo, wiadomo, czas infekcji i temu podobne. Trzeba mi było przejść się po prośbie po innych oddziałach, za piprilem i takimi tam. Przy okazji potwierdzilam pogłoski, że faktycznie jestem rozstana i mieszkam sama, znaczy z moim psem, w Memmelsdorf. Kto bezpośrednio pyta, dostaje ode mnie też konkretną odpowiedź. 

 *Poniedziałek. Nie lubię pracować dwa dni pod rząd,  ale kiedyś i jakoś muszę wypracować ten mój czas pracy z umowy o nią 🫡 tak więc, po powrocie z niedzielnego dyżuru nie baniaczyłam długo po chałupie, jedynie włączyłam zmywarkę, odczekałam, pochowałam naczynia, trochę poczytałam, oczywiście wypad z Mirką na siku... wyspałam się około ósmej rano, ogarnęłam nieco powierzchni płaskich, w tym tygodniu muszę koniecznie połazić po drabinie i odkurzyć szafy i półki. Druga wyprawa z Mirką przed dyżurem, i znowu do pracy. Pogoda nieco złagodniała. 


Paliwo coś nieco tańsze ostatnio.
W pracy znowu trafiłam na internę, ci sami pacjenci, doszło tylko dwóch. Ekipa nieco inna niż wczoraj, i oddział trochę inaczej zostawiony dla nocnej zmiany. Ale osłodą były Nussecke, czyli trójkątne ciastka orzechowe, które przyniósł kolega na dyżur. 


 *Wtorek zaczął się śniadaniem u Gundi, z samego rana, bo po południu sportowo u mnie. Gundi zrobiła stroiki na groby, i jeden wezmę dla Lilli, mojej teściowej. Ona co prawda była protestantką, czyli jej Święto Zmarłych obchodzone jest w niedzielę przed pierwszym adwentem, ale wszystko jedno przecież.
Oczywiście nie obyło się bez darów ze strony gundi, dostałam dżemy,  konfitury, i na prośbę wiele guzików do dziecięcych udziergów i nieco wełny; z jednej skarpetkowej udziergam dla mojej byłej sąsiadki Marity ciepłe skarpety na jarmark bożonarodzeniową, bo na pewno będzie tam stała z chrustem. 
Południowy sport jak zwykle świetny, przez same rozmowy z współćwiczącymi przed, po i w trakcie. Mirkę miałam że sobą, w aucie, nareszcie taka pogoda, że może poczekać w boksie na spacer po przyszpitalnym małym parku. 
Zaprosiłam Mr. Dom na obiad, kluseczki z rukolą, on zawsze przynosi ze sobą coś słodkiego na deser, tym razem ciasto. Na weekend oczywiście zaproszenie, tym razem wychodne gdzieś w Bambergu. 
Po kolacji pojechałam do Arlety na herbatę i plotki, po drodze odwiedziłam grób Lilli i postawiłam na nim stroik od Gundi.  
Ciekawe jest moje "pokrewieństwo" z Gundi- nasze eksteściowe były siostrami. 


Po odwiedzeniu Arlety dostałam telegramowe zaproszenie od Tobiego, który aktualnie i prawie tydzień ma gościa, Christiana z Westfalii. Nawet się ucieszyłam, bo Christiana lubię, i chętnie z nim rozmawiam. Tak więc wieczór na "starych smieciach", ehm, prawie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Tego tematu akurat nie poruszałam z Christianem, ale musiał się nieźle zdziwić w obliczu innych standardów podejmowania gości, w maju był jeszcze gościem w moich standardach. Niemniej wieczór był ciekawy, krótko po północy zapakowałam Mirkę do auta, pomachałam panom i pożyczyłam im jeszcze szarmanckiego wieczoru 😊

 *Środa. Ponoć najlepsze kasztany są w Paryżu, na placu Pigalle. Spróbujemy tych otrzymanych od Gundi. Były wspaniałe. 


Dzień w sumie leniwy. Trochę czytam, trochę dziergam. Zrobilam pranie, aby w kierunku weekendu mieć co nieco ogarnięte, bo przez dwa weekendowe dni pracuję, a sobota jest już zaplanowana. Z samego rana ulga, paczka dla Gackowej dotarła, po 12 dni perypetii i ponoć nieznanego adresata 😵‍💫
Wieczorem na nocny dyżur. Tym razem geriatria. Niestety moje pobożne życzenie co do zdrowych i sprawnych pacjentów nie spełniło się, przez tydzień mojej nieobecności wymienili na sporo bardzo chorych, niesprawnych, po wylewach, z demencją... do tego jestem na dyżurze sama, bo Jana zachorowała, a jest tutaj tylko 17 pacjentów, z czego kilku chirurgicznych. Rozłożyli mi leki, zapominając niestety o liście tych do zamówienia na piątek; akurat wkliknęlam zamówienie do apteki. Trzeba będzie też przejrzeć nieco materiałów, bo weekend bez myjek, pampersów, kroplówek i czegokolwiek, czego może zabraknąć, może być nieco kijowy. Jako, że jestem sama, i nie znam lwiej części pacjentów, dokumentacja każdej ich aktywnosci non stop, czyli noc spędzona przed kompem. Mam jednak nadzieję przeczytania gazety i kilku stron książki. I oczywiście przerwę. Udało się.  


 *Czwartek. Po dyżurze spacer z Mirką, to obligatoryjne przecież. Zebrałam pranie, jeszcze zanim poszłam spać. Wstaję po południu, jakiś obiad, kawa, spacer z Mirką,  telefonowanie z Arletą, wieczorem leci na RTL 2 "Powrót do przyszłości"... przypomina mi się, jak dawno temu i gdzie obejrzalam pierwsza część te trylogii. Rok 1987, podczas zimowiska w Moszczance, bylam tam zaangażowana jako higienistka, a dzieci były ze Śląska. Podczas telewizyjnego maratonu dziergam skarpety dla Marity. Wyjazd do Eschershausen już za 9 dni. 

 
 *Piątek. Pogoda przeplatana, jak akurat nie pada deszcz czy wiatr wyje jak opętany,  jest piękny złoty październik. Z opadającymi,  kolorowymi liśćmi. Tak więc wyprawa z Mirką do Drosendorf, z samego rana, w południe mniejszy spacer, bo mam popołudniowy dyżur na geriatrii. Dostał mi się kawałek pielęgnacyjny, że można zapomnieć. Ogarnęłam pacjentów i parę organizacyjnych głupot, I wyszłam z pracy przed dziesiątą. Mirka spała kamiennym snem, ale zbudziła się na moje wejście. Susi z sąsiedztwa napisała mi, że akurat sprząta w domu i ogarnia zapasy wełny, więc po powrocie do domu i z Mirką na smyczy podskoczyłam do niej, przejrzę towar i zadecyduję,  co z nim zrobić. Poza tym, reszta wieczoru na kanapie, telewizyjno- dziergająco. Lubię tak. 









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz