*Sobota. Pod znakiem wyprawy do małego Zoo w Hundshaupten. Jazda przez piękne okolice Frankońskiej Szwajcarii, z górkami, dolinkami, skałkami. Kawa i ciasto w Egloffstein, zamówiłam sobie beza, już dawno takiego wyśmienitego nie jadłam.
A w Zoo oprócz zwierzątek ekstra dla Gackowej...
Tak o sobie spacerowały po ścieżkach.
Na kolację była dynia makaronowa, którą nabyłam wieczór wcześnie na parkingu w Drosendorf, podczas spaceru z Mirką. Gotować znowu nie musiałam, zajmując moje obligatoryjne miejsce siedzące na kanapie w saloniku Mr. Dom, z Mirką na kocu pod stolikiem. Aktualnie czytam "Unter Dojczen" autorstwa Mii Raben, i nadal grubaśnego Filipiuka.
*Niedziela. Ta pracująca. W przebieralni dowiedziałam się, że jestem w ten dzień na internie, bo Maria zachorowała. Fajne w tym wszystkim bylo, ze o fakcie zawiadomila mnie Liane, ktora tez po poludniu dyzurowala na internie, i miałyśmy nasze obszary niedaleko siebie. Dyżur był nienudny, że tak to określę, ale dobrze do ogarnięcia, pozostawiliśmy oddział w idealnym porządku, a ja, jako że pracuję długie dyżury do dziesiątej wieczorem, nawet jeszcze dopracowałam parę rzeczy dla nocnej zmiany, z czego wystawienie kroplówek i antybiotyków dożylnych na drugi dzień było całkiem absorbujacym zajęciem, gdyż jest tego aktualnie mnóstwo, wiadomo, czas infekcji i temu podobne. Trzeba mi było przejść się po prośbie po innych oddziałach, za piprilem i takimi tam. Przy okazji potwierdzilam pogłoski, że faktycznie jestem rozstana i mieszkam sama, znaczy z moim psem, w Memmelsdorf. Kto bezpośrednio pyta, dostaje ode mnie też konkretną odpowiedź.
*Poniedziałek. Nie lubię pracować dwa dni pod rząd, ale kiedyś i jakoś muszę wypracować ten mój czas pracy z umowy o nią 🫡 tak więc, po powrocie z niedzielnego dyżuru nie baniaczyłam długo po chałupie, jedynie włączyłam zmywarkę, odczekałam, pochowałam naczynia, trochę poczytałam, oczywiście wypad z Mirką na siku... wyspałam się około ósmej rano, ogarnęłam nieco powierzchni płaskich, w tym tygodniu muszę koniecznie połazić po drabinie i odkurzyć szafy i półki. Druga wyprawa z Mirką przed dyżurem, i znowu do pracy. Pogoda nieco złagodniała.
Paliwo coś nieco tańsze ostatnio.
W pracy znowu trafiłam na internę, ci sami pacjenci, doszło tylko dwóch. Ekipa nieco inna niż wczoraj, i oddział trochę inaczej zostawiony dla nocnej zmiany. Ale osłodą były Nussecke, czyli trójkątne ciastka orzechowe, które przyniósł kolega na dyżur.
Oczywiście nie obyło się bez darów ze strony gundi, dostałam dżemy, konfitury, i na prośbę wiele guzików do dziecięcych udziergów i nieco wełny; z jednej skarpetkowej udziergam dla mojej byłej sąsiadki Marity ciepłe skarpety na jarmark bożonarodzeniową, bo na pewno będzie tam stała z chrustem.
Południowy sport jak zwykle świetny, przez same rozmowy z współćwiczącymi przed, po i w trakcie. Mirkę miałam że sobą, w aucie, nareszcie taka pogoda, że może poczekać w boksie na spacer po przyszpitalnym małym parku.
Zaprosiłam Mr. Dom na obiad, kluseczki z rukolą, on zawsze przynosi ze sobą coś słodkiego na deser, tym razem ciasto. Na weekend oczywiście zaproszenie, tym razem wychodne gdzieś w Bambergu.
Po kolacji pojechałam do Arlety na herbatę i plotki, po drodze odwiedziłam grób Lilli i postawiłam na nim stroik od Gundi.
Ciekawe jest moje "pokrewieństwo" z Gundi- nasze eksteściowe były siostrami.
Po odwiedzeniu Arlety dostałam telegramowe zaproszenie od Tobiego, który aktualnie i prawie tydzień ma gościa, Christiana z Westfalii. Nawet się ucieszyłam, bo Christiana lubię, i chętnie z nim rozmawiam. Tak więc wieczór na "starych smieciach", ehm, prawie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Tego tematu akurat nie poruszałam z Christianem, ale musiał się nieźle zdziwić w obliczu innych standardów podejmowania gości, w maju był jeszcze gościem w moich standardach. Niemniej wieczór był ciekawy, krótko po północy zapakowałam Mirkę do auta, pomachałam panom i pożyczyłam im jeszcze szarmanckiego wieczoru 😊
*Środa. Ponoć najlepsze kasztany są w Paryżu, na placu Pigalle. Spróbujemy tych otrzymanych od Gundi. Były wspaniałe.
Wieczorem na nocny dyżur. Tym razem geriatria. Niestety moje pobożne życzenie co do zdrowych i sprawnych pacjentów nie spełniło się, przez tydzień mojej nieobecności wymienili na sporo bardzo chorych, niesprawnych, po wylewach, z demencją... do tego jestem na dyżurze sama, bo Jana zachorowała, a jest tutaj tylko 17 pacjentów, z czego kilku chirurgicznych. Rozłożyli mi leki, zapominając niestety o liście tych do zamówienia na piątek; akurat wkliknęlam zamówienie do apteki. Trzeba będzie też przejrzeć nieco materiałów, bo weekend bez myjek, pampersów, kroplówek i czegokolwiek, czego może zabraknąć, może być nieco kijowy. Jako, że jestem sama, i nie znam lwiej części pacjentów, dokumentacja każdej ich aktywnosci non stop, czyli noc spędzona przed kompem. Mam jednak nadzieję przeczytania gazety i kilku stron książki. I oczywiście przerwę. Udało się.
*Czwartek. Po dyżurze spacer z Mirką, to obligatoryjne przecież. Zebrałam pranie, jeszcze zanim poszłam spać. Wstaję po południu, jakiś obiad, kawa, spacer z Mirką, telefonowanie z Arletą, wieczorem leci na RTL 2 "Powrót do przyszłości"... przypomina mi się, jak dawno temu i gdzie obejrzalam pierwsza część te trylogii. Rok 1987, podczas zimowiska w Moszczance, bylam tam zaangażowana jako higienistka, a dzieci były ze Śląska. Podczas telewizyjnego maratonu dziergam skarpety dla Marity. Wyjazd do Eschershausen już za 9 dni.
*Piątek. Pogoda przeplatana, jak akurat nie pada deszcz czy wiatr wyje jak opętany, jest piękny złoty październik. Z opadającymi, kolorowymi liśćmi. Tak więc wyprawa z Mirką do Drosendorf, z samego rana, w południe mniejszy spacer, bo mam popołudniowy dyżur na geriatrii. Dostał mi się kawałek pielęgnacyjny, że można zapomnieć. Ogarnęłam pacjentów i parę organizacyjnych głupot, I wyszłam z pracy przed dziesiątą. Mirka spała kamiennym snem, ale zbudziła się na moje wejście. Susi z sąsiedztwa napisała mi, że akurat sprząta w domu i ogarnia zapasy wełny, więc po powrocie do domu i z Mirką na smyczy podskoczyłam do niej, przejrzę towar i zadecyduję, co z nim zrobić. Poza tym, reszta wieczoru na kanapie, telewizyjno- dziergająco. Lubię tak.









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz